Strona główna » Gol w doliczonym czasie pogrążył Unię. Błękitni Ołobok wywożą z Kunic trzy punkty

Gol w doliczonym czasie pogrążył Unię. Błękitni Ołobok wywożą z Kunic trzy punkty

przez Małgorzata Fudali-Hakman

Miało być święto: nowo zainstalowane oświetlenie, urodziny prezesa Piotra Ciechanowicza i mecz, który mógł poprawić nastroje w Kunicach. Zamiast tego przyszła brutalna lekcja futbolu – taka, w której lepszy przez większość spotkania schodzi z boiska z niczym.

Dużo gry, mało konkretów

18 kwietnia, w ramach 22. kolejki zielonogórskiej klasy okręgowej, Unia Kunice podejmowała Błękitnych Ołobok. Stawka była wysoka, bo oba zespoły potrzebowały punktów po wcześniejszych niepowodzeniach.

Gospodarze, mimo eksperymentalnego zestawienia, od początku wyglądali lepiej. Trener Jarosław Gad dał odpocząć kilku podstawowym zawodnikom, ale jego drużyna szybko przejęła inicjatywę. Unia grała odważnie, tworzyła sytuacje i przez długie fragmenty zamykała rywali na ich połowie.

Brakowało jednego – skuteczności. A ta, jak wiadomo, bywa w piłce najdroższym towarem.

– „Choć weszliśmy w mecz mocno, to po dwóch sytuacjach Kunice były drużyną lepszą, która stwarzała więcej okazji. Gdyby zamknęły spotkanie do przerwy, niewiele mielibyśmy do powiedzenia” – przyznał trener Błękitnych Tomasz Urbański.

Gości przy życiu trzymał przede wszystkim bramkarz Przemysław Król, który kilkukrotnie ratował swój zespół z opresji. Do przerwy było jednak tylko 0:0, co z perspektywy Unii było wynikiem zdecydowanie poniżej oczekiwań.

Zmiany, które wytrąciły z rytmu

Po przerwie obraz gry zaczął się zmieniać. Trener Unii zdecydował się na serię zmian, które – zamiast uporządkować grę – wprowadziły sporo chaosu.

Na boisku pojawili się m.in. Paweł Karbowski, Mateusz Morgis, Bartłomiej Gronkowski i Patryk Kozłowski. Przez chwilę, zwłaszcza po wejściu Karbowskiego, widać było ożywienie. Współpraca z Konradem Plutą przyniosła kilka groźnych sytuacji i wydawało się, że gospodarze są blisko przełamania.

Tym większe zdziwienie mogły budzić kolejne decyzje. Zdjęcie z boiska Pluty, który rozgrywał bardzo dobre zawody, oraz Carlosa Alveza – jednej z napędowych postaci pierwszej połowy – trudno było wytłumaczyć patrząc na to, co działo się na murawie.

Efekt był widoczny gołym okiem. Unia straciła płynność, a jej gra zaczęła się rwać. To był moment, w którym Błękitni poczuli, że mogą coś z tego meczu jeszcze wyciągnąć.

– „Druga połowa była już lepsza w naszym wykonaniu i poziom się wyrównał. Obie drużyny miały swoje momenty” – oceniał Urbański.

Futbol nie zna litości

Kiedy mecz zmierzał do remisu, który choć nie satysfakcjonował gospodarzy, byłby jakimś pocieszeniem, przyszła ostatnia akcja spotkania.

Rzut rożny, zamieszanie w polu karnym i piłka, która trafia pod nogi Wojciecha Borkowskiego. Strzał, siatka, cisza na trybunach. 0:1.

– „Futbol zwrócił nam to, co straciliśmy w poprzednich meczach w końcówkach. Tym razem to my przechyliliśmy szalę zwycięstwa na swoją stronę” – mówił trener Błękitnych, przypominając wcześniejsze stracone punkty w doliczonym czasie gry.

Z kolei w Kunicach trudno było szukać pozytywnych emocji. – „Byliśmy zespołem dużo lepszym, już do przerwy powinniśmy zamknąć mecz. Niestety, jak się nie strzela, to się traci. Jeden błąd w ostatnich sekundach pozbawił nas choćby punktu” – podsumował Jarosław Gad.

Święto, które zamieniło się w rozczarowanie

Nowe oświetlenie miało być symbolem rozwoju i nowego etapu. Urodziny prezesa – dodatkowym powodem do świętowania. Po końcowym gwizdku trudno było jednak znaleźć powody do radości.

Zamiast celebracji, w Kunicach słychać było głosy rozczarowania. Bo to nie był mecz, w którym zabrakło zaangażowania czy walki. Wręcz przeciwnie – Unia włożyła w to spotkanie bardzo dużo sił.

Problem w tym, że piłka nożna nie rozlicza wysiłku. Rozlicza bramki. A tych tego dnia zabrakło dokładnie o jedną mniej niż trzeba.

Pokuśmy się o analizę tego meczu.

Dlaczego Unia Kunice przegrała ten mecz?

Ten mecz to podręcznikowy przykład tego, jak można zrobić bardzo dużo dobrze i… wrócić z niczym. Powodów było kilka i każdy z nich dołożył swoją cegiełkę do końcowego wyniku.

1. Nieskuteczność, czyli grzech główny
Unia w pierwszej połowie stworzyła kilka klarownych sytuacji, w tym przynajmniej trzy stuprocentowe. I żadnej nie wykorzystała. Na tym poziomie rozgrywek to luksus, na który nie można sobie pozwolić. Jak słusznie zauważył trener Jarosław Gad – jeśli się nie strzela, to się traci. Proste, brutalne i niestety prawdziwe.

2. Świetna postawa bramkarza rywali
Nie można też udawać, że po drugiej stronie nikogo nie było. Przemysław Król zrobił swoje, a nawet więcej. Kilka interwencji utrzymało Błękitnych w meczu w momencie, gdy Unia powinna go już zamykać.

3. Zmiany, które rozbiły rytm gry
To jeden z kluczowych momentów spotkania. Seria zmian w drugiej połowie zamiast wzmocnić zespół, wprowadziła chaos. Najbardziej niezrozumiałe było zdjęcie z boiska Konrada Pluty oraz Carlosa Alveza – zawodników, którzy byli motorami napędowymi Unii i wyglądali dobrze również po przerwie.

Zespół stracił płynność, przestał kontrolować tempo gry, a przewaga zaczęła się rozmywać.

4. Utrata kontroli w drugiej połowie
Pierwsze 45 minut to wyraźna przewaga Unii. Drugie – wyrównane, momentami nawet z lekkim wskazaniem na gości. Błękitni zaczęli grać odważniej, częściej wychodzili z kontrą i przestali być tylko tłem dla wydarzeń.

5. Brak „zamknięcia meczu”
To nie tylko kwestia skuteczności, ale też mentalu. Unia miała mecz pod kontrolą, ale nie potrafiła go „domknąć”, kiedy był na to czas. A to często wraca jak bumerang. W tym przypadku wróciło w 90+.

6. Stały fragment i chwila nieuwagi
Decydująca akcja to klasyka: rzut rożny, zamieszanie, brak zdecydowania w obronie i jeden zawodnik, który znajduje się tam, gdzie trzeba. Wojciech Borkowski zrobił resztę. Jeden moment dekoncentracji przekreślił cały wysiłek.

7. Kontekst, który zwiększa ból porażki
Nowe oświetlenie, urodziny prezesa, dobra pierwsza połowa i przewaga na boisku. To był mecz, który „powinien się udać”. Tym bardziej boli, że po końcowym gwizdku zamiast świętowania było rozczarowanie i ogromne emocje w szatni.

GALERIA

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz