Zorza Ochla przyjechała do Lubska po to, po co przyjeżdżają drużyny walczące o awans – po trzy punkty. I choć nie był to mecz, który ktokolwiek będzie wspominał przy majówkowym grillu, zadanie zostało wykonane. Budowlani przegrywają po raz czwarty z rzędu, a goście nadal trzymają się w wyścigu za Promieniem i Koroną.
30 kwietnia, na Stadionie Miejskim w Lubsku, rozegrano 26. kolejkę rozgrywek zielonogórskiej klasy okręgowej pomiędzy Budowalnymi Lubsko a Zorzą Ochla.
Futbol użytkowy zamiast widowiska
Od pierwszych minut było jasne, że to nie będzie spotkanie dla estetów. Zorza cierpliwie, momentami aż demonstracyjnie spokojnie, budowała akcje długimi podaniami. Budowlani próbowali w tym wszystkim odnaleźć swoje momenty, ale wyglądało to raczej jak szukanie niż znajdowanie.
I w końcu się doczekali… goście. W 16. minucie Karol Haraś znalazł się tam, gdzie napastnik powinien być zawsze – najbliżej bramki – i z bliska wpakował piłkę do siatki. Może bez finezji, ale z pełnym przekonaniem. A w takich meczach to wystarcza.

Fabisiak, czyli plan B, który był planem A
Budowlani mieli swoje momenty i wcale nie było tak, że tylko statystowali. Dwie sytuacje Patryka Siwika spokojnie mogły zmienić obraz meczu, w tym jedna taka, po której kibice zaczynają już wstawać z miejsc.
Problem w tym, że między słupkami stał Wojciech Fabisiak. I to był dla gospodarzy problem nie do rozwiązania. Spokój, refleks i kilka bardzo konkretnych interwencji – bez niego ten mecz mógł się potoczyć zupełnie inaczej.
Krótko mówiąc: ktoś tam z tyłu naprawdę pilnował, żeby plan się nie posypał.
Chwila, która zatrzymała mecz
Był też moment, kiedy futbol zszedł na dalszy plan. Po starciu w polu karnym ucierpiał bramkarz Budowlanych Konrad Jonio. Interwencja była skuteczna, ale kosztowna – potrzebna była pomoc medyczna, a ostatecznie transport do szpitala.

Między słupkami pojawił się młody Kacper Gajewski i trzeba oddać – wszedł bez kompleksów. Szybko pokazał, że nie zamierza być tylko tłem, a jego interwencje pozwoliły gospodarzom jeszcze przez chwilę wierzyć, że coś tu można odwrócić.
Przerwa przyniosła z kolei jedną z ciekawszych „atrakcji” tego czwartkowego popołudnia. Z boku boiska czujnym okiem gospodarza obiektu wszystkiego pilnował dyrektor OSiR Lubsko, Robert „Siwy” Ściłba, który – niczym prowadzący lokalną wersję „Mai w ogrodzie” – zarządzał nawodnieniem płyty. Bez wchodzenia na murawę, za to z wyczuciem i spokojem. Trzeba przyznać – trawa w Lubsku to wizytówka. Szkoda tylko, że mecz momentami nie dorównywał jej formą.

Korzyść, której nikt nie odpuścił
Druga połowa wyglądała znajomo. Zorza dalej grała swoje, cierpliwie czekając na moment, który można wykorzystać. I kiedy sędzia zastosował przywilej korzyści po faulu na Karolu Harasiu, nie wszyscy jeszcze wiedzieli, że to jest właśnie ten moment. Wiedział to Adrian Michalak. Zareagował szybciej niż obrona, szybciej niż wątpliwości i zrobiło się 2:0. Bez fajerwerków, za to bardzo konkretnie.
Końcówka bez złudzeń
Końcówka meczu to już była bardziej kontrola niż walka. Zorza miała przewagę optyczną, dłużej utrzymywała się przy piłce i – co najważniejsze – nie pozwalała gospodarzom na zbudowanie czegokolwiek sensownego. Brakowało co prawda trzeciego gola, ale to już byłby dodatek, nie konieczność.
Punkty zamiast wrażeń
Budowlani zaliczają kolejną porażkę i coraz trudniej doszukać się momentu, w którym ten zespół złapie rytm. Zorza natomiast robi dokładnie to, co powinna – punktuje. Może bez błysku, ale skutecznie.
A na tym etapie sezonu to zwykle ważniejsze niż ładne granie.





























































































































