Strona główna » Promień odpala w doliczonym. Korona zgaszona w 92. minucie

Promień odpala w doliczonym. Korona zgaszona w 92. minucie

przez Małgorzata Fudali-Hakman

Starcie lidera z wiceliderem miało odpowiedzieć na jedno pytanie: kto naprawdę chce awansować. Odpowiedź padła późno, a nawet bardzo późno, ale kiedy już padła, nie pozostawiła złudzeń.

Lider gra jak lider. Przynajmniej jeden

W sobotę, 28 marca, w Kożuchowie rozegrano mecz, który śmiało można było nazwać hitem kolejki zielonogórskiej klasy okręgowej. Wicelider, Korona Kożuchów, podejmował lidera – Promień Żary. Drużyny dzielił zaledwie punkt, więc stawka była prosta: kto wygra, ten nie tylko bierze trzy punkty, ale też psychologiczną przewagę w wyścigu o awans.

Od pierwszych minut było jednak widać, że ktoś tu przyjechał po coś więcej niż remis. Promień wyglądał jak zespół, który wie, po co wyszedł na boisko. Korona… wyglądała.

Krajewski kontra reszta świata

Pierwsza połowa to w dużej mierze festiwal interwencji Przemysława Krajewskiego. Bramkarz Korony miał więcej pracy niż niejeden w poniedziałek rano po zmianie czasu.

Najczęściej sprawdzał go Kornel Szymański, który najwyraźniej uznał, że jeśli już strzelać, to hurtowo. Strzał za strzałem, a Krajewski odpowiadał jak automat: odbić, wybić, jeszcze raz odbić.

Korona próbowała się odgryzać, ale były to raczej akcje z kategorii „coś się zaczęło, ale nie bardzo wiadomo jak skończyć”. Jedyny moment, kiedy naprawdę zrobiło się groźniej, to interwencja Marcela Sadowskiego, ale to wciąż było za mało, by mówić o równorzędnej wymianie ciosów.

Bitwa, nie mecz

Po przerwie obraz gry specjalnie się nie zmienił. Dalej było dużo walki, dużo fizyczności i coraz mniej cierpliwości. Obrońcy Korony robili wszystko, żeby skrzydła Promienia nie rozwinęły się za bardzo. Czasem nawet aż za wszystko.

W końcu sędzia Waldemar Socha przypomniał sobie, że ma w kieszeni kartki. Najpierw ostrzegawczo oraz bardzo symbolicznie „musiał” karać zawodników obu zespołów, bo za chwilkę po murawie zaczęłyby latać oderwane kończyny, a potem już konkretnie – druga żółta, czyli w konsekwencji czerwo, dla Jakuba Femlaka i od 70. minuty Promień grał w dziesiątkę. Déjà vu? Owszem. Tyle że tym razem role się odwróciły względem jesiennego starcia.

Logika wyszła wcześniej

Gdy Promień został w osłabieniu, scenariusz wydawał się prosty. Cofnąć się, dowieźć remis, nie zrobić głupstwa. Korona z kolei powinna ruszyć po swoje.

Powinna.

Tyle że rzeczywistość, jak to ma w zwyczaju, niespecjalnie przejęła się teorią. Promień nadal potrafił zagrozić, a Korona dalej wyglądała, jakby czegoś brakowało. Pomysłu, odwagi, może jednego dokładnego podania więcej. I kiedy wszyscy już mentalnie wpisywali do tabeli 0:0, piłka postanowiła zrobić coś głupiego. Czyli najpiękniejszego.

92. minuta. I cisza

Doliczony czas gry, 92. minuta. Wrzut z autu Krzysztofa Wilińskiego, zamieszanie, piłka spada na 15. metr do Bartka Pruchniaka. Strzał. I wtedy wchodzi on – Karol Łyczko, cały na biało, a właściwie w tym, w czym grał. Delikatne muśnięcie lewą nogą, zmiana toru lotu i piłka ląduje w siatce obok kompletnie zaskoczonego Krajewskiego.

1:0 dla Promienia. Kożuchów zamilkł szybciej niż Internet po odłączeniu routera. Chwilę później sędzia kończy mecz.

Trzy punkty i cztery przewagi

Promień Żary wygrywa na trudnym terenie, w dziesiątkę, w doliczonym czasie gry. Brzmi jak gotowy scenariusz pod budowanie legendy sezonu.

Efekt? Trzy punkty, cztery oczka przewagi nad rywalem i jasny sygnał: jeśli ktoś chce awans, to musi najpierw dogonić Promień.

A to, jak widać, wcale nie jest takie proste.

Zobacz także

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz