Myśliwi przestrzegają przed inwazją szopów. Niszczą i zjadają wszystko, a do tego roznoszą bardzo niebezpieczne pasożyty. Larwy tego pasożyta były znajdowane w piaskownicach.
Pan Edward mieszka na Pleszówku w Nowej Soli.
– Już ubiłem dwa szopy – mówi. W pobliżu domu ma mały staw hodowlany. – Miałem tam amury i karpie. Duże po trzy kilo. W ubiegłym roku szopy zjadły wszystko co żyło w tym stawie. Zrobiły podkop pod płotem – mówi nowosolanin. Dodaje, że uśmiercił je humanitarnie. – Czyli prądem. Puściłem drut pod napięciem – mówi. Później musiał szukać kogoś, kto zutylizuje gryzonie. – Lepiej się do nich nie zbliżać, bo słyszałem, że roznoszą zarazki. Czytałem też, że Urząd Marszałkowski przeznaczył 200 tys. zł na walkę z nimi. Na co pójdą te pieniądze? – pyta pan Edward.
Chodzą w bandach
O szopach rozmawiamy z Marcinem Kędzierskim, myśliwym z Siedliska, który pracuje w tamtejszej gminie i dobrze zna temat.
– Oczywiście, zawsze szopa można złapać w pułapkę. Może to nawet zrobić zwykły mieszkaniec. Pytanie co z nim później zrobić? Nie można go wypuścić, bo to inwazyjny gatunek obcy. Za to są kary. Najlepiej byłoby go zawieźć do weterynarza i humanitarnie uśpić, a później zutylizować, ale to koszt ok. 800 zł, a trzeba wiedzieć, że szopy chodzą w bandach po kilkanaście sztuk – mówi M. Kędzierski. Opowiada, że koło łowieckie potrafi odstrzelić 100 szopów w jeden weekend.
Myśliwi w tym temacie muszą się mierzyć z ekologami i społecznym stereotypem, że to miłe puchate stworzonko.
– Tam gdzie są szopy to życie zamiera – mówi M. Kędzierski. – One maja długie łapy i kciuki. Wkładają łapy do budek lęgowych, dziupli, gniazd, zjadają ptaki jajka, nie są wybredne. Robią szkody w uprawach. Potrafią zjeść kukurydzę. Potrafią otworzyć szufladę w domu i z niej wyjeść, a nawet wynieść klatkę z papugami, czy królikami – opowiada. A to jeszcze nie jest najgorsze. Myśliwi przestrzegają przed pasożytami, które roznoszą te zwierzęta.
– Dzięki współpracy myśliwych z naukowcami został odkryty nowy gatunek pasożyta, który nazwano glistą szopią. Jej larwy znaleziono w piaskownicach w Kostrzynie nad Odrą. Ta glista najczęściej zagnieżdża się w mózgu albo w oczach. Efektem może być amputacja gałek ocznych, albo nawet śmierć. W Stanach na 10 zarażonych osób pięć umiera – mówi pan Marcin. Nie jest zdziwiony, że szopy grasują po Nowej Soli. – Wzdłuż Odry są działki, więc najszybciej tam bym się ich spodziewał – mówi.
Niemcy obudzili się za późno
Jacek Banaszek, łowczy okręgowy z Zielonej Góry, mówi, że apelował do Urzędu Marszałkowskiego o środki na walkę z szopem praczem. Pytamy, jaka jest skala problemu?

– Jeżeli my jako myśliwi w rok eliminujemy ze środowiska 10 tys. sztuk tych osobników, to jest to dla nas informacja, że jest źle – mówi J. Banaszek. Wylicza, że w samym okręgu zielonogórskim na przestrzeni trzech ostatnich lat, było ich 1 tys. sztuk, potem 2,5 tys. i nagle w ub. roku 7 tys. Przyznaje, że myśliwi dostają coraz więcej telefonów z miast i gmin z prośbą o pomoc.
Tłumaczy, że rozmowy jak najlepiej wykorzystać te 200 tys. zł są dopiero przed myśliwymi. – Każdy kto ma na celu wyeliminowanie albo ograniczenie liczebności i skutków funkcjonowania inwazyjnych gatunków obcych w środowisku naturalnym zasługuje na to, żeby w jakimś stopniu być dotowanym, bo to są arcytrudne zadania – mówi J. Banaszek.
Myśliwi zderzają się ekologami, którzy domagają się, żeby szopy odławiać i zamykać w azylach.
– Utrzymanie jednego osobnika w azylu kosztuje 6 tys. zł rocznie. Po wykastrowaniu i sterylizacji może on przeżyć nawet 20 lat. Proszę sobie przemnożyć ten koszt raz 10 tys. i odpowiedzieć, czy stać nasze państwo na odławianie tych zwierząt i trzymanie ich jako pluszaki? – mówi J. Banaszek.
Zielonogórski oddział Polskiego Związku Łowieckiego zorganizował już dwie konferencje w Lubuskiem dotyczące zagrożeń ze strony szopów. Byli na nich prelegenci z niemieckich ministerstw.
– Tylko w dwóch przygranicznych landach zabija się corocznie 55 tys. szopów, a one idą do nas stamtąd. To zwierzęta, które nie mają wrogów naturalnych i przynoszą do nas choroby, o których niewiele wiemy i które są trudne w diagnostyce. To ostatni dzwonek dla nas, żebyśmy reagowali, bo Niemcy się obudzili się za późno – mówi J. Banaszek.