Strona główna » Zofia Klim. Pierwsza kapitanka reprezentacji Polski kobiet i legenda kobiecego futbolu

Zofia Klim. Pierwsza kapitanka reprezentacji Polski kobiet i legenda kobiecego futbolu

przez Małgorzata Fudali-Hakman

Dziś dziewczynka kopiąca piłkę nikogo już nie dziwi. Na osiedlowych boiskach, w akademiach piłkarskich czy szkolnych drużynach dziewczęta są czymś naturalnym. Kilkadziesiąt lat temu wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Piłka nożna była światem chłopców, a dziewczyna z futbolówką budziła co najwyżej zdziwienie. O profesjonalnym graniu, reprezentacji kraju czy walce o mistrzostwo Polski mało kto odważyłby się wtedy nawet pomyśleć.

A jednak znalazła się dziewczyna z niewielkich Krzystkowic na krańcu Polski, która nie przejmowała się tym, co wypada. Nie czekała, aż ktoś otworzy jej drzwi. Po prostu weszła do świata zarezerwowanego dla mężczyzn i została jego częścią. Nazywa się Zofia Klim. Sześciokrotna mistrzyni Polski z Czarnymi Sosnowiec, czterokrotna w hali, pierwsza w historii kapitanka kobiecej reprezentacji Polski i jedna z pionierek futbolu kobiet w naszym kraju.

Na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć, że ta drobna kobieta przez lata należała do najlepszych piłkarek w Polsce. Dziś ma 70 lat, ale wciąż imponuje energią. Ma zdecydowany głos, bystre, ciepłe spojrzenie i charakter, którego mogłoby jej pozazdrościć wielu sportowców. Kiedy wspomina swoją piłkarską drogę, nadal z uśmiechem powtarza, że nie wie, skąd to wszystko się wzięło. Czy był to talent, czy upór, a może po prostu dar od Boga. Jedno jest pewne – z piłką przy nodze potrafiła robić rzeczy, które zadziwiały nawet chłopaków, z którymi dorastała na podwórku.

Historia Zofii Klim nie jest historią o piłce. Jest historią o pokoleniu ludzi, którzy nie pytali, czy się opłaca. Robili swoje.

Najmłodsza siostra zawsze była tam, gdzie piłka

W domu rodzinnym piłka nożna była obecna od zawsze. To właśnie starsi bracia zarazili ją miłością do gry. Zabierali ją na boisko, pozwalali haratać w gałę z chłopakami i to dzięki nim futbol od najmłodszych lat stał się częścią jej życia.

Pól wieku temu nie było akademii, trenerów od przygotowania motorycznego ani indywidualnych planów rozwoju. Było podwórko, trawa, kilku chłopaków i piłka, która rzadko przypominała dzisiejsze kolorowe futbolówki.

To właśnie tam rodziła się technika, charakter i upór.

Od zawsze chciałam grać. Chyba nie mogło być inaczej, skoro wychowywałam się wśród braci i praktycznie całe dzieciństwo spędzałam na boisku – wspomina po latach.

Choć dziś brzmi to zwyczajnie, wtedy dziewczyna grająca z chłopakami była rzadkością. Nie wszyscy patrzyli na to życzliwie. Zdarzało się, że rywale zamiast odebrać piłkę, próbowali udowodnić siłą, że futbol nie jest dla dziewczyn. Ona jednak nie zamierzała odpuścić. Była po prostu… za dobra.

Warszawa była pierwsza

Nikt wtedy nie słyszał o kobiecym futbolu, dlatego dorastająca Zosia sądziła, że jej miłość do piłki nożnej skończy się na zawsze. Ale… Przełom nastąpił w 1975 roku. W „Expressie Wieczornym” ukazało się ogłoszenie o naborze zawodniczek do reprezentacji Warszawy na mecz z drużyną Berlina. Po rodzinnej naradzie zdecydowała, że pojedzie. Nie po znajomości. Nie dlatego, że ktoś ją polecił. Pojechała sprawdzić, czy naprawdę potrafi grać. Miała dziewiętnaście lat. Wsiadła do pociągu, który zawiózł ją do historii polskiej piłki.

W stolicy od razu zobaczyli, że Zosia to ogromny talent. Od razu wzięto ją do drużyny, która co prawda przegrała, ale właśnie po tym spotkaniu trener Zenon Mauthe nazwał ją w prasie „Pele w spódnicy”, zachwycając się jej techniką i umiejętnością gry obiema nogami. Po meczu do młodych zawodniczek podszedł jeszcze jeden człowiek. Dla większości Polaków był już legendą. Kazimierz Górski, kilka miesięcy wcześniej bohater mundialu w RFN, nie mówił o porażce ani błędach. Uspokajał dziewczyny. „Nie martwcie się. Teraz się nie udało, ale przyjdzie dzień, kiedy to wy będziecie wygrywać” – powiedział. Dla młodej piłkarki z Krzystkowic takie słowa znaczyły więcej niż niejeden puchar. Zapamiętała je na całe życie.

To był początek drogi prowadzącej przez Varsovię Warszawa, później Okęcie Warszawa, aż w końcu do klubu, z którym miała zapisać się na kartach historii kobiecej piłki.

Do Czarnych Sosnowiec trafiła pod koniec 1980 roku. Polecił ją były trener Zielonych Bogaczów, Władysław Aniśkiewicz, który skontaktował ją z Ireną Półtorak. Wystarczył jeden mecz towarzyski w Jaworzynie Śląskiej. Reszta potoczyła się błyskawicznie. Już kilka miesięcy później świętowała pierwsze mistrzostwo Polski. Potem przyszły kolejne.

Setki kilometrów w drodze

Najłatwiej byłoby powiedzieć, że grała w Sosnowcu. Tylko że ona… nigdy tam nie zamieszkała. Trenowała na miejscu w Błękitnych Krzystkowice, a do stadionu miała 100 metrów. Gdy w 1978 roku Zieloni Bogaczów połączyli się z Błękitnymi i powstał Fadom Nowogród Bobrzański, przeniosła się za rzekę na nowo wybudowany stadion. Na mecze jeździła pociągiem. Legendarny „Warszawski”, który ruszał z Żagania i przez Krzystkowice jechał do stolicy. To właśnie nim rozpoczynały się jej kolejne sportowe wyprawy. Podróż do Warszawy trwała nawet dwanaście godzin. Nierzadko po całej nocy spędzonej w wagonie wysiadała z pociągu… i jechała prosto na boisko. Po meczu wracała dokładnie tą samą drogą, bo następnego dnia czekała już praca. Gdy przeszła do Czarnych Sosnowiec zmienił się klub i system rozgrywek, ale nie zmieniło się jedno – noce spędzane w pociągach. Na Śląsk najczęściej wiozły ją nocne pociągi, między innymi kultowy „Eisenach”, ale ligowa rzeczywistość oznaczała podróże po całej Polsce. Gdynia, Szczecin, Przemyśl czy kolejne turnieje i mecze wyjazdowe. Wieczorem wyjazd, rano mecz, a po wszystkim powrót do domu i do pracy. Tak przez jedenaście lat wyglądało życie jednej z najlepszych piłkarek w kraju.

Pierwszy lot, zakonnice i biało-czerwona koszulka

27 czerwca 1981 roku zapisał się w historii polskiego futbolu kobiet. Reprezentacja Polski rozgrywała swój pierwszy oficjalny mecz międzypaństwowy. Rywalkami były Włoszki, a na ramieniu Zofii Klim znalazła się kapitańska opaska.

Ale zanim wybrzmiał Mazurek Dąbrowskiego na stadionie w Katanii, zespół przeszedł prawdziwy rollercoaster. Zwykły wyjazd na mecz reprezentacji przypominał bardziej logistyczną operację niż sportową wyprawę.

Najpierw były teleksy z informacją, że wyjazd został odwołany. Po kilku godzinach przychodziła wiadomość, że jednak lecą. Potem znowu nie było wiadomo, czy paszporty zostaną wydane. Wszystko odbywało się w atmosferze politycznego napięcia, zaledwie kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego. W końcu udało się. Dla większości zawodniczek był to pierwszy lot samolotem w życiu.

Pamiętam ogromne emocje. W samolocie większość pasażerów stanowiły zakonnice i księża lecący do Rzymu i Watykanu. Było bardzo spokojnie. Dopiero kiedy wysiedli, a my poleciałyśmy dalej na Sycylię, atmosfera zrobiła się bardziej swobodna – wspomina z uśmiechem.

Kiedy reprezentacja dotarła na Sycylię, okazało się, że przygoda dopiero się zaczyna. Na miejscu czekał zupełnie inny świat. Palmy, upał dochodzący do czterdziestu stopni i hotel, w którym po raz pierwszy podano im owoce morza.

Trener Tadeusz Maślak tłumaczył nam, jak to się w ogóle je. Dla większości z nas było to coś zupełnie nowego – śmieje się dziś.

Okazało się też, że Polki nie miały reprezentacyjnych kompletów strojów. Na boisko wyszły w koszulkach Zagłębia Sosnowiec. Dla nikogo nie miało to jednak większego znaczenia, bo najważniejsze było to, że reprezentowały Polskę.

Na boisku nie było już jednak miejsca na zachwyty. Przez pierwsze pół godziny Polki dotrzymywały kroku znacznie bardziej doświadczonym Włoszkom. Dopiero później organizmy nie wytrzymały sycylijskiego żaru. Mecz zakończył się porażką 0:3.

Dla Zofii Klim ten dzień i tak pozostał jednym z najważniejszych w życiu. Nie tylko dlatego, że była pierwszą kapitanką reprezentacji Polski kobiet. Po meczu została również uznana za najlepszą zawodniczkę polskiego zespołu. Puchar, który wtedy otrzymała, do dziś stoi w honorowym miejscu jej domu.

Nigdy nie grała dla pieniędzy

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno uwierzyć, jak wyglądała wtedy kobieca piłka. Nie było profesjonalnych kontraktów. Nie było wysokich premii. Nie było sponsorów, odnowy biologicznej ani sztabu specjalistów. Była praca. Były nocne podróże i walizka spakowana dzień wcześniej.

A przede wszystkim była ogromna determinacja.

Po zakończeniu meczu Zofia Klim wracała do domu, a często następnego dnia normalnie szła do ciężkiej pracy w Fadomie. Żyła dokładnie tak jak tysiące innych kobiet. Tylko że pomiędzy obowiązkami znajdowała jeszcze miejsce na reprezentowanie Polski. Dzisiaj wielu młodych sportowców ma do dyspozycji samochód rodziców, klubowy autobus, fizjoterapeutę i nowoczesne zaplecze. Tamto pokolenie miało przede wszystkim charakter.

Niczego nie żałuję. Gra w Czarnych Sosnowiec była wielką przygodą mojego życia – mówi bez chwili zawahania.

Najtrudniejszy mecz przyszło jej jednak rozegrać nie z rywalkami, lecz z własnym organizmem. Poważna kontuzja kolana na długo wyłączyła ją z gry. Na stadionie nie było lekarza, więc po meczu musiała wrócić pociągiem do domu. Później był gips, rehabilitacja i operacja w Piekarach Śląskich. Jak wspomina, lekarz podczas pierwszego zabiegu odciągnął z kolana niemal dwie nerki krwi. Później była rehabilitacja i długie miesiące walki o powrót na boisko. Choć wróciła do gry, kolano już nigdy nie pozwoliło jej zapomnieć o tamtym urazie.

Nie tylko piłkarka

Kiedy w wieku 31 lat zakończyła zawodniczą karierę, nie rozstała się ze sportem. Już wcześniej, jako pierwsza kobieta w Polsce, zdobyła dyplom trenera piłki nożnej. Później prowadziła drużyny młodzieżowe, szkoliła chłopców, a nawet objęła seniorski zespół Fadomu Nowogród Bobrzański, z którym wywalczyła awans z klasy B do A klasy i zdobyła Puchar Polski na szczeblu okręgowym. Później przez blisko dwadzieścia lat kierowała Gminnym Ośrodkiem Kultury. Piłka zeszła na drugi plan, ale nigdy nie zniknęła z jej życia. Wielu mieszkańców pamięta ją właśnie z tego okresu, choć dla historii polskiego futbolu na zawsze pozostanie przede wszystkim pionierką kobiecej piłki.

Do dziś przechowuje bezcenne pamiątki. Zdjęcia, plakaty, wycinki prasowe, programy meczowe i dokumenty z czasów, gdy kobieca reprezentacja Polski dopiero stawiała pierwsze kroki. Marzy, by kiedyś trafiły do muzeum albo do Polskiego Związku Piłki Nożnej, gdzie będą mogły opowiedzieć swoją historię kolejnym pokoleniom.

Marzenia nie liczą kilometrów

Historia Zofii Klim nie jest opowieścią wyłącznie o golach, medalach czy mistrzowskich tytułach. To historia dziewczyny z niewielkich Krzystkowic, która nie słyszała, że czegoś się nie da. Kiedy trzeba było przejechać setki kilometrów na mecz, wsiadała do pociągu. Kiedy po całej nocy podróży trzeba było wyjść na boisko, wychodziła. Kiedy następnego dnia czekała praca, po prostu do niej szła. Nie szukała wymówek. Nie narzekała na warunki. Nie oczekiwała, że świat dostosuje się do jej marzeń.

Patrząc na Zofię Klim trudno oprzeć się jednej myśli. Gdyby urodziła się mężczyzną, jej piłkarska droga mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Miała talent, jakiego nie da się wytrenować. Szybkość, technikę, wyobraźnię i odwagę w grze. Takie dary trafiają się niezwykle rzadko. Sam talent jednak nie wystarcza. Trzeba jeszcze umieć go wykorzystać. Ona zrobiła wszystko, co było w jej mocy. Resztę napisała historia.

Dzisiaj, kiedy kobieca piłka rozwija się w błyskawicznym tempie, łatwo zapomnieć, że ktoś musiał tę drogę przetrzeć. Że zanim na stadionach pojawiły się tysiące kibiców, transmisje telewizyjne i profesjonalne ligi, były kobiety, które jechały dwanaście godzin pociągiem tylko po to, żeby przez dziewięćdziesiąt minut zagrać w piłkę.

Jedną z nich była Zofia Klim.

I być może właśnie dlatego jej historia zasługuje na pamięć nie tylko jako opowieść o pierwszej kapitance reprezentacji Polski kobiet. To przede wszystkim historia pokolenia ludzi, którzy wiedzieli, że sukces nie rodzi się z wygody. Rodzi się z pracy, uporu i odwagi, by zrobić pierwszy krok, nawet wtedy, gdy nikt wcześniej tą drogą nie szedł.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Zofii Klim.

Zobacz także

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz