Sezon się skończył. Kurz opadł. Trawa zdążyła odrosnąć tam, gdzie jeszcze jest co odrastać. Działacze już planują transfery, trenerzy tłumaczą porażki, a piłkarze przekonują, że od przyszłego tygodnia zaczną biegać. To najlepszy moment, żeby rozdać tradycyjne wyróżnienia, których nikt nie chce dostać. Ogórki Roku. Jedni postawią je na półce, inni głęboko schowają do piwnicy, a kilku będzie udawało, że w ogóle nie czyta felietonów(tak Horo, to do ciebie).
Emblemat Roku – Paweł Horożaniecki

Są ludzie, którzy gubią klucze. Są tacy, którzy szukają okularów, mając je na nosie. Sędzia Paweł Horożaniecki postanowił zgubić… emblemat. A przynajmniej przez trzy kolejne mecze właśnie tak to wyglądało. Szef Wszystkich Szefów prowadził zawody bez obowiązkowego oznaczenia i najwyraźniej liczył, że nikt tego nie zauważy. Najpierw zwróciłam mu uwagę ja, potem ktoś ważniejszy niż ja i wtedy nastąpił cud większy niż rozmnożenie chleba. Na kolejnym meczu emblemat się odnalazł. Mało tego. Miał już dwa. Jeden z lewej, drugi z prawej. Jeszcze chwila i przypiąłby trzeci na plecach, żeby zawodnicy wybiegający z kontrą też wiedzieli, kto tu jest szefem. Gdyby za emblematy dawali gwiazdki jak generałom, Horo wróciłby do domu jako marszałek. Czyli jednak można. Trzeba było tylko trochę dłużej poszukać w czeluściach torby.
Alfred Hitchcock Roku – Piotr Makowski i Promień Żary

Rok. Niby tylko dwanaście miesięcy. Dla większości klubów to tyle co nic. Ale w Promieniu jeden rok czekania na awans liczy się jak cała epoka. Kibice zdążyli osiwieć, a najbardziej wytrwali zaczęli podejrzewać, że czwarta liga istnieje tylko w regulaminach Lubuskiego ZPN. Żaranie byli już jedną nogą w ogródku, ale gąska stwierdziła, że najpierw ma pilates. Wtedy postanowili urządzić wszystkim thriller psychologiczny. Gubili punkty z taką fantazją, jakby awans był opcją dodatkowo płatną. Hitchcock nie powstydziłby się takiego scenariusza. Brakowało tylko muzyki ze „Szczęk”, defibrylatora pod trybuną i kardiologa dyżurującego przy wejściu na stadion. Na szczęście ostatnia scena skończyła się happy endem, bo drugi sezon tego serialu mógłby już nie dostać finansowania.
Ratownik Roku – Jakub Skiba

Mówią, że dobrego obrońcę poznaje się nie po liczbie strzelonych bramek, ale po tym, ilu nie pozwoli zdobyć przeciwnikom. Skibka przez cały sezon wyglądał, jakby zamiast płuc miał turbinę od Boeinga, a z tyłu silnik od Tesli. Pod koniec rundy trochę spuścił z tonu, ale wszystko odkupił w najważniejszym meczu sezonu. Gdy rywal wychodził sam na sam, nie bawił się w subtelności. Wyciął go koncertowo, obejrzał czerwoną kartkę i… uratował Promień. Nie każdy bohater nosi pelerynę. Niektórzy schodzą z boiska przed czasem. W tym przypadku czerwona kartka miała kolor awansu.
Syzyf Roku – Budowlani II Lubsko
Syzyf miał ciężko. Wtaczał głaz pod górę, a ten za każdym razem wracał na dół. Piłkarze Budowlanych II Lubsko doskonale wiedzą, co czuł. Przez cały sezon harowali na boisku, z meczu na mecz grali coraz lepiej i byli o krok od awansu. Problem w tym, że ktoś uparcie ten głaz spychał. I nie był to los.
To jedna z nielicznych drużyn, która potrafiła wygrać mecz w niedzielę, a przegrać go we wtorek. I to aż trzy razy. Takiego wyczynu nie da się wytrenować. Trzeba go sobie zorganizować. Najbardziej szkoda piłkarzy. Oni swoje zrobili. Ten ogórek nie trafia więc do szatni. Trzeba go zanieść kilka metrów dalej. Do Alfy i Omegi.
Alfy i Omegi Roku – Paweł Bahyrycz i Krzysztof Matrunionek

Każdy facet zna ten scenariusz. Kupuje szafę z Ikei i od razu odkłada instrukcję na bok, bo przecież jest dla mięczaków. Po dwóch godzinach okazuje się, że zamiast eleganckiej szafy wyszedł karmnik dla sikorek i zostały trzy śrubki. Paweł Bahyrycz i Krzysztof Matrunionek byli mądrzejsi od radia. Zachowywali się tak, jakby regulaminy były dla cieniasów i kiedy inni mówili: „Panowie, to się źle skończy”, oni uparcie robili swoje. Bo przecież jakoś to będzie. Nie było. B-klasa ma jedną piękną cechę. Tutaj wszyscy wiedzą wszystko. Mecz jeszcze dobrze się nie skończy, a już pół grajdoła wie, kto dostał czerwoną kartkę, kto pokłócił się z trenerem i kto zapomniał dowodu. Kiedy tylko ktoś zaczyna uważać się za najmądrzejszego we wsi, do akcji wkraczają społeczni księgowi. Liczą wszystko. Kartki, minuty, limity i cudzą pewność siebie. Tym razem też policzyli. Bez litości.
Jednego odmówić im jednak nie można. Dzięki Budowlanym w B-klasie nastąpił prawdziwy boom czytelniczy. Wejść na stronę Lubuskiego ZPN było tyle, że serwer omal nie dostał zadyszki, a regulamin stał się poczytniejszy od instrukcji obsługi Thermomiksa. Szkoda tylko, że dwaj jego najwięksi odkrywcy zajrzeli do niego trochę za późno.
Animator Roku – Adrian Jeremicz

Są trenerzy, którzy przy linii bocznej wyglądają jak Carlo Ancelotti. Są też tacy, którzy bardziej przypominają MC Hammera. Adrian Jeremicz zdecydowanie wybrał drugą szkołę. Trudno być jednocześnie trenerem, kumplem i kolegą z szatni. W Lubsku wyszło z tego bardziej spotkanie integracyjne niż walka o awans. Z każdym tygodniem zawodników ubywało, a coraz częściej można było odnieść wrażenie, że większy wpływ na drużynę mają sami piłkarze niż człowiek stojący przy linii bocznej.
Gdyby awanse przyznawano za atmosferę, wspólne grille i integrację, Budowlani już zimą świętowaliby mistrzostwo Polski. Szkoda tylko, że PZPN uparcie punktuje wyniki, a nie liczbę rozpalonych grilli. Małosolny do kiełbaski z grilla jak najbardziej zasłużony.
Ostatni Mohikanin Roku – Jarosław Gad

Kiedyś oglądało się go z przyjemnością. Dzisiaj patrzy się z coraz większym smutkiem na Unię Kunice. Drużyna przez większą część sezonu sprawiała wrażenie, jakby walczyła głównie z kalendarzem i własnymi problemami. Styl był bardziej siermiężny niż piękny, tabela nie dawała powodów do optymizmu, a gdyby z okręgówki spadło więcej drużyn, w Kunicach lato mogłoby być znacznie gorętsze. Teraz ptaszki ćwierkają, że kolejni zawodnicy opuszczają klub. Oby tylko nie okazało się, że na pierwszy trening nowego sezonu trzeba będzie robić nabór metodą „kto ma korki, ten gra”, a kto ma dwie nogi, ten od razu do pierwszego składu. Gadziu dla ciebie ogórek szklarniowy.
Janusz Biznesu Roku – Mariusz Sierko

Są bajki Andersena. Są baśnie braci Grimm. I są opowieści Mariusza Sierki. Przez kilka miesięcy kibice słyszeli o wielkich planach, ogromnych pieniądzach, transferach, które miały zatrząść lubuską piłką i przyszłości jaśniejszej niż stadionowe jupitery. Problem polegał na tym, że rzeczywistość uparcie nie chciała współpracować z narracją. Kiedy domek z kart zaczął się walić, zabrakło jednego. Klasy. Bo odejść też trzeba umieć. Zamiast powiedzieć „przepraszam”, łatwiej było opowiadać, że wszystko jest pod kontrolą. Było. Mniej więcej tak, jak na Titanicu po spotkaniu z górą lodową. Stal została z problemami, kibice z niesmakiem, a były już prezes z przekonaniem, że przecież wszystko zrobił dobrze. Za największą bajkę sezonu, PR rodem z Akademii Pana Kleksa i udowodnienie, że Pinokio jednak miał starszego brata…Takiego ogórka nie kisi się w słoiku. Taki dostaje własną beczkę. I jeszcze tabliczkę z napisem: Uwaga, nie otwierać pod ciśnieniem.
Na tym kończymy tegoroczne kiszenie. Jeśli ktoś nie znalazł siebie w słoiku, niech się nie martwi. Nowy sezon już za pasem. A tam, gdzie jest piłka, działacze, trenerzy i media społecznościowe, materiał na kolejne ogórki zawsze znajdzie się szybciej niż pierwszy sparing.