Strona główna » Sędziowie trzymali się do 50 minuty, a potem już poszło. Iskra awansowała do następnej rundy

Sędziowie trzymali się do 50 minuty, a potem już poszło. Iskra awansowała do następnej rundy

przez Małgorzata Fudali-Hakman

Miało być spokojne 90 minut i szybkie rozstrzygnięcie, ale przez pierwszą połowę sędziowie skutecznie psuli scenariusz. Dopiero po przerwie Iskra Małomice zrobiła to, co do niej należało, pokazując przy okazji, że prowadzenie meczu i granie w nim to jednak dwie zupełnie różne rzeczy.

Na papierze wszystko wyglądało przewidywalnie. Iskra Małomice, czwarta drużyna zielonogórskiej A-klasy (grupa III), miała zrobić to, co robi się w takich meczach bez większych emocji – wygrać spokojnie, pewnie i bez zbędnych komplikacji. Rywal? Zespół sędziów żarsko-żagańskiego podkolegium, czyli ludzie, którzy na co dzień pilnują zasad gry, a niekoniecznie jej tempa. Choć, jak się czasem słyszy z trybun, z tym pilnowaniem też bywa różnie.

I przez pierwszą połowę wszystko się… nie zgadzało.

Sędziowie nie tylko nie dali się zdominować, ale momentami grali jak drużyna, która zapomniała, że przyszła tu w roli statysty. Spotkanie było wyrównane, a Iskra długo nie potrafiła znaleźć sposobu na sforsowanie defensywy arbitrów. Co więcej, zespół sędziowski potrafił od czasu do czasu zagrozić bramce gospodarzy, przypominając, że piłka nożna to jednak coś więcej niż tylko interpretacja przepisów – czasem trzeba jeszcze trafić w piłkę.

Do przerwy było bezbramkowo i można było odnieść wrażenie, że scenariusz tego meczu ktoś napisał na opak. A może po prostu sędziowie chcieli pokazać, że skoro potrafią oceniać innych, to sami też „coś tam” zagrają. I faktycznie – przez 45 minut wyglądało to całkiem przekonująco.

Druga połowa przyniosła jednak powrót do rzeczywistości.

Iskra zaczęła grać swoje, a różnica w przygotowaniu fizycznym i piłkarskiej jakości stała się coraz bardziej widoczna. Wynik otworzył Kamil Radziszowski, który ostatecznie zakończył mecz z dwoma trafieniami. Trzeciego gola dołożył Dawid Potępa, ustalając wynik spotkania na 3:0.

Sędziowie? W drugiej połowie było już bliżej ich naturalnego środowiska. Tempo meczu zaczęło ich wyraźnie przerastać, a gra coraz częściej przypominała próbę nadążenia za wydarzeniami, które jeszcze chwilę wcześniej sami starali się kontrolować.

Z trybun spotkanie obserwował szef Lubuskiego Kolegium Sędziów, Paweł Horożaniecki, który z powodu kontuzji tym razem musiał odpuścić bieganie i został przy bezpiecznej roli komentatora z wysokości trybun. I trzeba przyznać – widok miał wyjątkowo edukacyjny. Jego podopieczni przez chwilę jeszcze trzymali fason, ale im dalej w mecz, tym bardziej to się wszystko rozsypywało jak źle ustawiona linia spalonego.

Na stadionie pojawił się też Wojciech Ganczar i to w pełnym, roboczym wydaniu. Listonosz z krwi i kości, w uniformie i ze skórzaną torbą przewieszoną przez ramię, której zawartością można by spokojnie obsłużyć pół rejonu albo stadionu. Albo jedno i drugie. Ale nawet ta żywa maskotka nie pomogła arbitrom i na kolejny mecz w ich wydaniu przyjdzie nam poczekać do przyszłego sezonu.

Czego wam i sobie życzę.

Zobacz także

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz