Strona główna » Pomidorowa i gołąbki, czyli laga na Leszcza

Pomidorowa i gołąbki, czyli laga na Leszcza

przez Adam Sommerfeld

No cóż, podobno czego bym nie napisała, będziecie to czytali. To zobaczymy.
Ostatnio prezes Kado Górzyn, Sławek Ciechanowicz, powiedział mi, że już nie może się doczekać felietonu. I że tęsknił, i że mogę pisać nawet o pomidorowej i gołąbkach, bo i tak wszyscy będą to czytali. Hmm, serio? Czyli w zasadzie mogłabym poprowadzić rubrykę pod wdzięcznym tytułem: „O garach”, bo przecież na tym znam się najlepiej, prawda Jaro? Umiem przyrządzić obie te potrawy, ale wolę przysmażać tyłki zawodnikom, gotować działaczy i przypiekać na żywym ogniu sędziów. Dlatego nieraz będę ugniatać, jak ciasto na pierogi, wybujałe ego niektórych pseudo sportowców, prezesów i dziennikarzy. Może nie dostaniecie niestrawności?
Przypuszczam iż wątpię. Bo ja nieustannie lecę na alugastrinie.
Od samego patrzenia na ten żałosny grajdoł i na to co w nim się wyrabia, jest mi niedobrze. A może po prostu za dużo wpieprzam czekolady? To też możliwe. W każdym razie wyczyny niektórych panów „trenerów” i „działaczy” powodują u mnie permanentny odruch wymiotny.
Miało być o piłce nożnej, ale LZPN postanowił odwołać kolejkę 4.ligi. Bo boiska ucierpią od deszczu, śniegu i wiatru. I od różnych innych czynników. Na przykład od korków piłkarzy. Galopowanie po rachitycznej i źle utrzymanej trawce przez 90 minut na bank, by się jej nie przysłużyło. Ale czy nie do tego właśnie są przeznaczone boiska piłkarskie? Do grania? Widocznie nie u nas. Piłka nożna musi więc poczekać. Póki co zaparzę sobie rumianku. Mogę poczęstować jak ktoś ma ochotę. Może wiceprezes Promienia by się skusił? Zapraszam.
Jednakże byli odważni, którzy mimo „szalejących zamieci i huraganowego wiatru” zagrali, bo odbył się 1(słownie: jeden) sparing b-klasowych drużyn. Na Okrąglaku. Oczywiście tradycyjnie żarski MOSRiW miał wyrąbane i nie kiwnął palcem, żeby nawierzchnię jakoś przygotować. Jakkolwiek. Nikt nawet nie próbował. A kluby płacą grubą kapuchę (miało być kulinarnie i jest, włala) za wynajem tego bubla. Proponuje się zbuntować i olać żarskiego nieroba i przenieść się do Żagania albo Szprotawy. Gdzie jest taniej i bardziej cywilizowanie. I komuś się chce.
Będzie za to o koszykówce. Też piłka, tylko taka czerwona.
W Krono się dzieje. Musiało, bo mogło się okazać, że koszykarze pierwszy raz od lat, nie awansowaliby do fazy play-off. Dlatego najpierw w drużynie pojawił się czarnoskóry gracz. I dobrze, bo wniósł do tego bezbarwnego towarzystwa powiew jakości i widowiskowości. Nie do końca chyba było to uzgodnione z ówczesnym trenerem żaran, bo zaraz potem Nikodem Sirijatowicz pożegnał się z zespołem. Oczywiście z powodów osobistych. Ciekawe czy ktoś w to uwierzył? Na ławce trenerskiej pojawił się Redżi. Ikona koszykarska naszego grajdoła. Trener legenda. Człowiek orkiestra. I tak mogę cały czas. Uczyłam się od mistrzów. Zmiana szkoleniowca miała spowodować cud. Czyli mieli grać lepiej. Stanowczo. I na luziku wygrywać każdy mecz. Cud się nie zdarzył, bo żaranie grają tak samo. Gdyby nie Jay C. to miejsce w plejofach odjechałoby w siną dal. A tak, chyba zajmą miejsce w pierwszej ósemce, grając nadal archaiczną koszykówkę rodem z epoki kamienia łupanego i stosując metodę, i tu użyję piłkarskiej metafory: Laga na Leszcza i niech on się martwi, jak dociągnąć korzystny wynik do końca. A młodzi nadal grzeją ławę, wchodząc na kilka minut, nieraz sekund, a niektórzy nawet wcale. Nie podoba mi się to. No tak, wcześniej też mi się nie podobało. I nie ma siły, żeby mi się takie coś, kiedykolwiek spodobało. Nawet po literku, na skuterku.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz