Unia Kunice nie miała zamiaru komplikować sobie życia i pewnie sięgnęła po trzy punkty. Cargovia Kargowa, choć przyjechała z nadzieją na przełamanie, wyjechała z bagażem pięciu bramek i kolejnym powodem do nerwowego zerkania w dół tabeli.
W kolejnej serii spotkań zielonogórskiej klasy okręgowej Unia Kunice podejmowała Cargovię Kargowa. Po niezbyt udanym początku rundy wiosennej gospodarze stanęli przed dobrą okazją, by wrócić na zwycięską ścieżkę. Rywale zajmują bowiem przedostatnie miejsce w tabeli i znajdują się w strefie spadkowej, więc był to jeden z tych meczów, które „po prostu trzeba wygrać”.
Od pierwszych minut było widać dużą determinację zawodników z Kunic, którzy chcieli zrehabilitować się przed własną publicznością. Tej jednak nie było zbyt wielu, co miało związek z równolegle rozgrywanym meczem tej samej klasy w tej samej miejscowości. Momentami można było odnieść wrażenie, że więcej do powiedzenia na trybunach mają kibice gości niż gospodarzy.
Wynik spotkania w 20. minucie otworzył Mateusz Morgis. Tuż przed przerwą prowadzenie podwyższył Patryk Kozłowski i Unia schodziła do szatni z komfortową zaliczką.
W drugiej jeszcze lepiej
Po zmianie stron gospodarze nie zamierzali zdejmować nogi z gazu. W 63. minucie na 3:0 trafił Jan Izdebski i właściwie było po wszystkim, choć do końcowego gwizdka zostało jeszcze sporo grania.
Cargovia zdołała odpowiedzieć – około kwadransa później rzut karny na gola zamienił Dariusz Kostański. Był to jednak tylko epizod, który bardziej przypominał zaznaczenie obecności niż realny powrót do meczu.
Końcówka należała już zdecydowanie do Unii. W 88. minucie wynik podwyższył Konrad Pluta, a w doliczonym czasie gry rezultat ustalił Hubert Wołoszyn.
Unia Kunice wygrała 5:1 i zrobiła dokładnie to, czego od niej oczekiwano. Bez fajerwerków, bez dramatów – po prostu solidne trzy punkty.






































































