Strona główna » Promień długo bił głową w mur. Punkt wyszarpał w 95. minucie

Promień długo bił głową w mur. Punkt wyszarpał w 95. minucie

przez Małgorzata Fudali-Hakman

Galeria zdjęć pod tekstem

Błękitni prawie zamknęli temat. Lider uciekł spod topora w ostatniej akcji

Sobotni wieczór w Ołoboku nie miał nic wspólnego z piłkarskim fajerwerkiem. To był raczej mecz z gatunku tych, gdzie jedna drużyna próbuje grać w piłkę, a druga bardzo skutecznie jej na to nie pozwala.

Promień Żary przyjechał jako lider i faworyt, ale szybko okazało się, że w Ołoboku takie rzeczy niewiele znaczą. Boisko małe, ciasne, a Błękitni… cóż, ustawieni tak nisko, że momentami można było odnieść wrażenie, że bronią nie tylko własnej bramki, ale i okolicznych zabudowań.


Plan był prosty. I działał

Gospodarze od początku wiedzieli, co chcą robić. I robili to konsekwentnie.

Mieliśmy plan, który skrzętnie realizowaliśmy – mówił po meczu trener Tomasz Urbański.

I rzeczywiście, realizowali go aż miło. Promień miał piłkę, miał inicjatywę, miał nawet chęci… tylko niewiele z tego wynikało. Każda próba kończyła się mniej więcej tak samo – odbiciem od ściany.

Promień mówiąc kolokwialnie bił głową w mur – dodał szkoleniowiec Błękitnych. Trudno o lepsze podsumowanie pierwszej połowy.


Jeden strzał, jeden efekt

A że piłka lubi takie historie, to w 30. minucie Błękitni zrobili to, co w takich meczach robi się najlepiej – wykorzystali swoją okazję. Daniel Ludwin trafił do siatki i zrobiło się 1:0.

Promień? Nadal próbował. Nadal cierpliwie. Nadal… nieskutecznie.

Do tego wszystkiego dochodziły absencje Kuby Femlaka i Radka Romanowskiego, więc trener Piotr Makowski musiał trochę pokombinować ze składem. Efekt był taki, że na boisku pojawiła się konstrukcja defensywna, która miała pomóc w kontroli meczu, ale niekoniecznie w rozmontowaniu zasieków Błękitnych.


Druga połowa: oblężenie, które długo nic nie dawało

Po przerwie obraz gry się nie zmienił. Promień atakował, Błękitni bronili. I robili to naprawdę dobrze.

Neutralizowaliśmy dobre strony przeciwnika – mówił Urbański.
No i neutralizowali. Skutecznie. Momentami aż za skutecznie dla kibiców gości.

Gospodarze ograniczali się do kontr, których było jak na lekarstwo. Marcel Sadowski w bramce Promienia mógł przez długie fragmenty spotkania spokojnie podziwiać zachód słońca. Albo rozmyślać nad sensem życia. Presji wielkiej nie miał.

Za to po drugiej stronie rosła frustracja. Minuty leciały, sytuacje się nie kleiły, a Błękitni robili wszystko, żeby ten wynik dowieźć.


I wtedy przyszła 95. minuta

Kiedy wydawało się, że gospodarze dowiozą sensacyjne zwycięstwo, Promień dopiął swego. W doliczonym czasie gry Bartłomiej Pruchniak, który pojawił się na boisku chwilę wcześniej, przepchnął w końcu piłkę do siatki.

Sędzia doliczył aż 6 minut.

Sędzia doliczył aż 6 minut.

Nie było to trafienie z kategorii „stadiony świata”. Bardziej z tych: „ważne, że wpadło”. A wpadło w najlepszym możliwym dla lidera momencie.


Remis, który nikogo do końca nie cieszy

Końcówka była nerwowa, iskrzyło, tempo siadło, a cierpliwość obu stron miała swoje granice. Ostatecznie skończyło się 1:1.

I choć punkt z trudnego terenu zawsze można docenić, to w Ołoboku nastroje były raczej… mieszane.

To nie my cieszymy się z remisu, a żałujemy straconych dwóch punktów – podsumował trener Błękitnych.

Bo mieli ten mecz na wyciągnięcie ręki. I wypuścili go dosłownie w ostatnich sekundach.


Ołobok znów niewygodny

Promień ratuje punkt i jedzie dalej jako lider, ale wie już, że takie wyjazdy potrafią boleć.
Błękitni z kolei po raz kolejny pokazali, że u siebie są zespołem, z którym nikt nie ma łatwo.

I że czasem naprawdę niewiele brakuje, żeby „plan wykonany” zamienić w „prawie wykonany”.


GALERIA ZDJĘĆ

Zobacz także

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz