Strona główna » Osiem powodów do niepokoju. Unia Kunice bezradna w starciu z ŁKS Łęknica

Osiem powodów do niepokoju. Unia Kunice bezradna w starciu z ŁKS Łęknica

przez Małgorzata Fudali-Hakman

Są mecze, po których długo analizuje się detale. I są takie, po których wystarczy spojrzeć na wynik, żeby wiedzieć wszystko – choć jednocześnie wciąż nie do końca rozumieć, co właściwie się wydarzyło. Niedzielne 1:8 Unii Kunice z ŁKS Łęknica należy właśnie do tej drugiej kategorii, bo to nie był tylko mecz przegrany wysoko. To było spotkanie, które bardziej stawia pytania, niż daje odpowiedzi.

Mecz, który miał być „o coś”

22 marca w Kunicach wszystko wyglądało całkiem normalnie. Niedziela, okręgówka, Unia kontra ŁKS Łęknica. Klasyka lokalna, z potencjałem na twardy, wyrównany mecz. Goście przyjechali z wyższego miejsca w tabeli i lepszym humorem. Gospodarze z nadzieją, że po Krośnie Odrzańskim (1:4) będzie już tylko lepiej. No i było. Tyle że nie dla wszystkich.

Pierwsza połowa, czyli szybkie porządkowanie złudzeń

ŁKS zaczął strzelać dość wcześnie. Potem strzelił drugi raz. A potem trzeci, czwarty i piąty. I w tym momencie mecz zaczął przypominać coś pomiędzy treningiem skuteczności a pokazem cierpliwości, tej po stronie gości, bo po co się spieszyć, skoro wszystko działa. Na listę strzelców wpisywali się kolejno: Kuba Zieliński, Tomasz Wójcik, Nataniel Salamon, Jakub Jurkowski… a Tomasz Wójcik zdążył jeszcze dorzucić kolejne trafienie. 5 bramek do przerwy. I to był ten moment, kiedy kibic zaczyna się zastanawiać nie „czy Unia wróci do meczu”, tylko „ile jeszcze zostało do końca”.

Mały promyk i szybki powrót do rzeczywistości

Rzut karny, Paweł Karbowski, 5:1. Chwila, w której można było odetchnąć. Symbolicznie, bo jeśli ktoś liczył na zwrot akcji, to był to raczej akt wiary niż obserwacji wydarzeń na boisku. Podobno są mecze, w których jedna bramka zmienia wszystko.
Tu zmieniła głównie proporcje.

Druga połowa, czyli bez komplikacji

ŁKS nie kombinował. Nie zwalniał, nie szukał finezji. Po prostu robił swoje. Artur Janus, znów Tomasz Wójcik – hat-trick, Nathaniel Salamon – dublet. 8:1. Wynik, który nie wymaga komentarza. A mimo to aż się o niego prosi.

I teraz pytanie najprostsze, a jednak trudne

Czy Unia była aż tak słaba?
Czy ŁKS aż tak dobry?

Momentami wyglądało to tak, jakby goście robili dokładnie tyle, ile trzeba. A gospodarze… dokładali coś od siebie. Błędy w obronie, decyzje, które zapadały sekundę za późno, piłki oddawane bez większego nacisku. Nawet bramkarz Unii miał dzień, który chciałoby się szybko wymazać z pamięci. Z przodu brakowało kontuzjowanego Korka, ale uczciwie trzeba przyznać, że to nie był brak jednego zawodnika. To był brak czegoś, co trudno wpisać do protokołu, bo jeśli drużyna na tym etapie rundy wygląda w ten sposób, to problem nie jest w wyniku. Wynik jest tylko efektem.

Zobacz także

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz