21 marca stadion przy ul. Zwycięzców w Żarach był miejscem, gdzie teoria spotkała się z praktyką, a ambicja z konsekwencją. Lider zielonogórskiej klasy okręgowej, Promień Żary, podejmował Budowlanych Lubsko w derbach powiatu, które od początku miały wyraźnie zarysowane role.
Gospodarze, faworyt, jakość, ofensywa. Goście, plan, dyscyplina i cierpliwość. I jak się okazało, w piłce wciąż obowiązuje stara zasada: nie zawsze wygrywa ten, kto ma więcej argumentów, tylko ten, kto lepiej je poukłada.
Budowlani Lubsko przyjechali z taktyką starą jak świat, ale skuteczną jak szwajcarski zegarek. Autobus zaparkowany przed bramką? To mało powiedziane. Tam powstało całe osiedle zamknięte, z ochroną i monitoringiem.
Plan prosty jak konstrukcja cepa – i równie skuteczny
Budowlani nie przyjechali do Żar udowadniać, że potrafią grać otwartą piłkę. Przyjechali po wynik. Ich taktyka była czytelna od pierwszego gwizdka i nie pozostawiała miejsca na domysły. Mieli cierpliwie czekać, aż rywal sam się nadzieje. I… nadział się szybciej, niż ktokolwiek zdążył dobrze usiąść. W 18. minucie Patryk Siwik odpalił tryb „turbo”, pogalopował jakby ktoś mu obiecał premię za każdy metr i z kąta posłał piłkę w długi róg. 0:1. Sensacja? No, powiedzmy, że lekki zgrzyt w dobrze naoliwionej maszynie lidera.
Firma sprzątająca
A potem? Potem zaczęło się klasyczne „walenie głową w mur”. Promień próbował wszystkiego: wrzutek, dośrodkowań, kombinacji krótkich i długich, ale Budowlani mieli w środku pola karnego duet Łukasz Gawron- Maciej Pilarczyk, który czyścił wszystko jak porządna firma sprzątająca po remoncie. Przed nimi Marcin Piech robił za filtr, przez który nie przechodziło praktycznie nic.
Lider żaran, Bartek Puchniak został wyłączony tak skutecznie, że momentami można było się zastanawiać, czy gra, czy tylko statystuje.
Promień męczył się jak student przed sesją poprawkową, aż w końcu w 35. minucie coś drgnęło. Zamieszanie, piłka jak w pinballu, dogranie i Jakub Femlak głową doprowadził do remisu. Trochę z pomocą losu, trochę z pomocą nóg Marcina Piecha, ale w futbolu nie ma rubryki „styl”, tylko „wynik”. 1:1 i oddech ulgi na trybunach.
Nic się nie zmieniło
Po przerwie? Kto liczył na rewolucję, ten się przeliczył. Jedna zmiana, dużo nadziei i… ten sam scenariusz. Budowlani pilnowali wyniku jak oka w głowie, choć momentami było widać, że paliwo zaczyna schodzić do rezerwy. Promień natomiast bił, pukał, dobijał się, ale drzwi pozostały zamknięte na cztery spusty. A jeśli już coś się przedarło, to na końcu stał Konrad Jonio – pewny, spokojny, nie do przejścia. Król swojego pola karnego, który nie miał najmniejszego zamiaru oddać czegokolwiek za darmo.
Dwóch Jakubów na przekór schematom
W obrazie meczu, który momentami przypominał mozolne szukanie wyjścia z labiryntu, byli jednak zawodnicy Promienia, którzy nie zamierzali godzić się na bezradność. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Jakub Skiba – filigranowy boczny obrońca Promienia, który tego dnia grał… wszędzie. Był tam, gdzie akurat brakowało tlenu, pomysłu albo zwyczajnie nóg. Biegał od jednej linii bocznej do drugiej, jakby boisko miało dla niego mniejsze wymiary niż dla reszty. I gdy w końcu opadł z sił, było jasne, że zostawił na murawie wszystko, co miał.
Na podobne słowa uznania zasługuje Jakub Femlak. O ile w pierwszej połowie zapisał się bramką, o tyle po przerwie coraz częściej można go było zobaczyć nie w roli strażnika własnej bramki, lecz dodatkowego żołnierza w ofensywie. Szukał przestrzeni, włączał się do akcji, próbował rozmontować defensywę Budowlanych od środka – jakby dobrze wiedział, że bez wsparcia z drugiej linii sforsowanie tego muru graniczy z cudem.
Gdy emocje wzięły górę
Wraz z upływem minut i ubywającymi siłami mecz zaczął nabierać ostrzejszych barw. Tam, gdzie wcześniej była jeszcze kalkulacja, pojawiła się nerwowość, a sędzia coraz częściej musiał przypominać, że to wciąż gra według określonych zasad. Gwizdek szedł w ruch regularnie, a wraz z nim żółte kartki, które zaczęły pojawiać się częściej niż składne akcje.
Kulminacją był moment, w którym Patryk Siwik, wcześniej bohater pierwszej połowy, obejrzał drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną, kończąc swój występ przed czasem. Jakby tego było mało, arbiter postanowił uporządkować również sytuację poza boiskiem. Paweł Bahyrycz, prezes Budowlanych, zbyt żywiołowo dzielący się swoimi spostrzeżeniami z ławki, także został „uhonorowany” żółtym kartonikiem.
I tak, mimo optycznej przewagi gospodarzy, mimo prób i starań, mecz zakończył się remisem 1:1. Derby powiatu żarskiego, jak to derby, więcej było podtekstów niż przestrzeni na boisku. Promień nie stracił twarzy, ale też nie postawił kropki nad „i”. Budowlani? Wywieźli punkt jak łup wojenny i mogą wracać do Lubska z poczuciem dobrze wykonanej roboty.
Bo czasem, żeby ugrać swoje, nie trzeba grać pięknie. Wystarczy postawić mur, zamknąć bramę i cierpliwie poczekać, aż ktoś się o ten mur potknie.
Będzie walkower?
Już po końcowym gwizdku pojawił się wątek, który może jeszcze zmienić losy tego spotkania. Okazało się bowiem, że w barwach Budowlanych Lubsko wystąpił José Vinícius – zawodnik, który według dostępnych informacji powinien pauzować za nadmiar żółtych kartek.
Promień Żary złożył w tej sprawie protest i wiele wskazuje na to, że sprawa znajdzie swój finał nie na boisku, a na posiedzeniu Wydziału Gier LZPN. Jeśli nieprawidłowość zostanie potwierdzona, możliwy jest walkower na korzyść gospodarzy, co oznaczałoby zmianę wyniku z boiskowego 1:1 na 3:0 dla Promienia.
Bramki:
0:1 – Patryk Siwik (18. min)
1:1 – Jakub Femlak (35. min)























































































