Promień Żary wygrał z Unią Kunice 2:1 w meczu 23. kolejki zielonogórskiej klasy okręgowej. Problem w tym, że więcej niż o wyniku, trudno mówić tu o jakimkolwiek widowisku.
Jedyny moment, który miał sens
Już na początku Unia mogła narobić zamieszania. Jan Izdebski trafił do siatki, ale był na spalonym, więc bramka słusznie nie została uznana. Gdyby to wpadło, mecz mógłby się otworzyć. Zamiast tego szybko wróciliśmy do tego, co dominowało przez większość spotkania. Do nijakości.
Granie, które się tylko odbyło
Pierwsza połowa po prostu się wydarzyła. Piłka skakała po czymś, co tylko z nazwy przypomina murawę, akcje się rwały, a tempo bardziej pasowało do sparingu niż do derbów. Brakowało tylko herbatki i ciasteczek. Promień miał przewagę, ale niewiele z niej wynikało. Unia stała dobrze ustawiona i cierpliwie czekała. Za cierpliwie, jak na taki mecz.
Najwięcej emocji na ławce
Jak na derby było zaskakująco spokojnie. Mało fauli, tylko trzy żółte kartki w całym meczu. Sędzia Jarosław Gałązka chyba na siłę obdarował kartonikami kogokolwiek, żeby miał co wpisać do protokołu. Jedna dla Unii, druga dla Promienia. Trzecią z nich zobaczył… trener gości Piotr Makowski. I trudno się dziwić, bo wyglądało na to, że to właśnie on był najbardziej zirytowany postawą swojej drużyny i jako jedyny próbował w tym wszystkim podnieść temperaturę.
Gol dla Unii i chwilowa nadzieja
Po przerwie Unia ruszyła odważniej i w 56. minucie objęła prowadzenie. Izdebski wykorzystał błąd w środku pola i pokonał Sadowskiego. 1:0 i przez moment można było pomyśleć, że coś się w końcu wydarzy.
Wyrównanie z przypadku
Promień długo nie potrafił stworzyć nic konkretnego. Wyrównanie padło po akcji, która najlepiej oddaje charakter tego spotkania.
Rafał Bryczkowski chyba próbował dośrodkować, piłka zeszła mu z nogi, poleciała lobem i zaskoczyła wszystkich – bramkarza, obrońców i jego samego. Wpadła do siatki. 1:1.
Końcówka według znanego scenariusza
Kiedy wszystko zmierzało do remisu, Unia zrobiła to, co ostatnio wychodzi jej najlepiej. W doliczonym czasie gry, po zamieszaniu w polu karnym, piłkę do własnej bramki skierował Carlos Alves. 2:1 dla Promienia i chwilę później końcowy gwizdek. Los bywa złośliwy, ale w tym przypadku trudno mówić o przypadku.
Można by to już spokojnie wpisać na ścianie w szatni:
„Bramki w końcówkach oddajemy w pakiecie.”
I tyle
Promień bierze trzy punkty i jedzie dalej w kierunku IV ligi.
Unia zostaje z niczym, choć długo trzymała ten mecz.
A derby? No cóż, odbyły się. Gdyby ktoś przegapił, niewiele stracił.
















































































































