To był naprawdę dziwny mecz. Taki z gatunku tych, po których człowiek wraca do domu, patrzy w statystyki i zastanawia się, jakim cudem skończyło się właśnie tak, a nie zupełnie odwrotnie.
W 25. kolejce zielonogórskiej klasy okręgowej Unia Kunice podejmowała Relax Grabice. Oba zespoły sąsiadują ze sobą w tabeli i wydawało się, że będzie to w miarę wyrównany mecz., ale goście przyjechali do Kunic z jasnym planem. Zgarnąć trzy punkty i spokojnie wrócić do domu. Unii ostatnio nie idzie najlepiej, choć paradoksalnie sama gra momentami wcale nie wygląda źle. Problem polega na tym, że za dobre wrażenie punktów się nie przyznaje. Gdyby było inaczej, połowa grajdołowej piłki miałaby gabloty pełne trofeów i puchar za „ładne momenty między 15. a 30. minutą”.
Relax zaczął jak walec
Goście weszli w ten mecz tak, jakby bardzo im się spieszyło na grilla po spotkaniu.
Już w 4. Minucie Gaspar Da Nobrega Matheus wykorzystał kapitalne podanie Bartosza Koniecznego, który wyłożył mu piłkę właściwie do pustej bramki. Brazylijczyk dopełnił formalności, choć przy okazji z impetem wpadł jeszcze głową w słupek. Na szczęście skończyło się tylko na strachu i chwilowym zamieszaniu.
Dwie minuty później było już 2:0 po trafieniu Kuby Bławuciaka. Zanim kibice Unii zdążyli się dobrze zirytować, Relaks dołożył trzeciego gola. W 14. minucie na listę strzelców wpisał się Patryk Skrzypczak i zrobiło się naprawdę niebezpiecznie.
Po pierwszym kwadransie wyglądało to trochę tak, jakby Grabice miały urządzić sobie w Kunicach lekki trening strzelecki. Przy takim tempie można się było spodziewać wyniku, po którym trenerzy zazwyczaj unikają rozmów z mediami i udają, że akurat bardzo pilnie muszą sprawdzić stan murawy.
Unia nagle wróciła do życia
I wtedy wydarzyło się coś, czego chyba nikt się nie spodziewał. A już na pewno nie Relax.
W 18. minucie Jan Sygutowski dobił bezpańską piłkę w polu karnym i zdobył gola kontaktowego dla Unii. Nagle gospodarze złapali trochę tlenu, a goście zaczęli wyglądać mniej pewnie.
Do przerwy było 3:1 dla Relaxu i mimo wszystko wydawało się, że Grabice mają sytuację pod kontrolą. Tyle że druga połowa kompletnie zmieniła obraz meczu.
Jarek Gad przemeblował wszystko
Z każdą minutą Unia wyglądała coraz lepiej. Jarek Gad zaczął mieszać ustawieniem, dokonywał zmian i bardzo szybko było widać, że gospodarze poczuli krew.
Unia ruszyła wysoko do pressingu i Relaks kompletnie przestał sobie radzić z wyprowadzaniem piłki od tyłu. Goście zaczęli popełniać błędy, a gospodarze coraz częściej zamykali ich pod własnym polem karnym.
W 51. minucie kontaktowego gola na 3:2 zdobył Oleh Frankovych, pewnie wykorzystując rzut karny po zagraniu ręką jednego z zawodników Relaksu.
I od tego momentu zaczęło się prawdziwe oblężenie.
Unia dominowała, ale piłka nie chciała wpaść
Przez większą część drugiej połowy to Unia była zespołem zdecydowanie lepszym. Gospodarze atakowali, szukali miejsca, naciskali i tworzyli kolejne sytuacje.
Dużo zmieniło wejście grającego trenera Jarka Gada. Jego podania do Pawła Karbowskiego czy Konrada Pluty momentami wyglądały jak wyjęte z zupełnie innego poziomu rozgrywek. Problem był tylko jeden. Piłka uparła się, że trzeci raz do bramki Grabic nie wpadnie.
Raz ratował słupek. Innym razem bramkarz. Czasem zawodziła skuteczność, a czasem zwyczajnie brakowało szczęścia. A w grajdołowej piłce szczęście jest często równie ważne jak taktyka, przygotowanie i posiadanie dwóch równych skarpetek.
Mimo że przez ponad godzinę Unia wyglądała lepiej od rywali, nie udało jej się doprowadzić nawet do remisu. Relaks wygrał 3:2, choć po końcowym gwizdku chyba sam do końca nie wiedział, jakim cudem dowiózł ten wynik do końca.



































































































