Jeden wieczór, jedna chwila nieuwagi i jedna świeca zapachowa, która miała umilić rodzinny czas. W niedzielę, 3 maja, o świcie, życie Piotra Wąsowicza i jego dwójki dzieci legło w gruzach. Dziś zamiast zapachu domu, w powietrzu unosi się dusząca spalenizna. Ale tam, gdzie kończy się ogień, zaczyna się ludzka solidarność.