Strona główna » Zmarł w ukochanych górach

Zmarł w ukochanych górach

przez imperia

Nagle, spacerując po ukochanych górach, zmarł Ryszard Kowalczuk (†53 l.), wójt gminy Brody. – Ścisnęło mu serce. To musiała być chwila – mówi jego żona.
Wyjechał z domu z samego rana (we wtorek, 21.03., ok. godz. 8) na trzydniowy konwent Zrzeszenia Gmin Województwa Lubuskiego w Świeradowie. Spotkanie miało się rozpocząć o godz. 16. Ale Ryszard Kowalczuk, wójt gminy Brody, na nie nie dotarł. Zmarł na szlaku turystycznym ok. 600 m od hotelu Elements&Spa, w którym miał zamieszkać. Szlak prowadzi do schroniska na Stogu Izerskim. 
Bez szans na pomoc
 Na R. Kowalczuka leżącego na polanie powyżej górskiego kompleksu turystycznego „Czeszka i Słowaczka” natknął się leśniczy.
– To był patrol leśnictwa, wykonywany razem z podleśniczym. Prowadzili rutynową kontrolę terenu Leśnictwa Kotlina. W ten sposób robią przegląd drzewostanu – mówi Michał Maj, zastępca nadleśniczego z Nadleśnictwa Świeradów.
Leśnicy oceniają, że było ok. godz. 10.20.
– Natychmiast zgłosili to do służb ratunkowych. Leśniczy prowadził rozmowę telefoniczną, podleśniczy ocenił bezpieczeństwo poszkodowanego, stan i przytomność, ułożył go w pozycji bezpiecznej i udrożnił drogi oddechowe. W konsultacji z dyspozytorem ocenili oddech poszkodowanego. Ustalili, że poszkodowany nie wykazywał funkcji życiowych organizmu. Niestety, służba terenowa nadleśnictwa dotarła zbyt późno. Nie było szans na jakąkolwiek pomoc – relacjonuje M. Maj. [paywall]
Zastępca nadleśniczego dotarł na miejsce tuż przed godz. 10.40.
Razem czekali na policję.
– Dyspozytor uznał, że w tej sytuacji wysłanie zespołu ratowniczego jest niezasadne – uzupełnia.
Po sekcji zwłok przeprowadzonej w czwartek, 23.03., prokurator wykluczył udział osób trzecich.
Był bardzo szczęśliwy
Krótki odstęp czasu pokazuje, jak dramatyczne mogły to być chwile.
– Tego dnia wysłał kilka zdjęć. Najpierw z drogi. Że jest szczęśliwy i że już jedzie. I zdjęcie spakowanego plecaka w góry, o godz. 10.03 – wspomina łamiącym się głosem Barbara Kowalczuk, żona, nauczycielka w Szkole Podstawowej w Brodach.
Tej wiadomości nie odczytała od razu.
– Byłam z dziećmi na pochodzie. Witaliśmy wiosnę. Gdy wróciłam po pracy o godz. 17, zadzwonił do mnie policjant z Brodów z pytaniem, czy jestem w domu. Bo chcą podjechać – mówi cicho.
Gdy powiedzieli, że R. Kowalczuk nie żyje, nie uwierzyła.
– Powiedziałam: „O czym wy mówicie?” Jestem z nim w stałym kontakcie”. Złapałam za telefon i zaczęłam dzwonić do męża. A policjant mówi: „Proszę nie dzwonić, bo naprawdę nie odbierze”. Nie wierzyłam. Mówiłam, że to musi być pomyłka. Podałam datę urodzenia – 28.12.1969 r. Pytałam, czy to na pewno on. Jeszcze raz usłyszałam potwierdzenie. Wciąż nie mogłam uwierzyć. Rano się dobrze czuł. Był szczęśliwy. Nic mu nie dolegało. Codziennie rano mierzyliśmy ciśnienie. Bo jestem po chemioterapii i też biorę leki na nadciśnienie. I ja miałam 150, 160, a mąż miał … O, tu mamy kartki zapisane – 121, 134… – pani Barbara sprawdza zapisy.
Bez życia…
Zrozpaczona żona nie wie, jak mogło dojść do tragedii. Policjanci stwierdzili, że R. Kowalczuk nie wykazywał aktywności o godz. 10.33.
– Mąż używał aplikacji, która liczyła kroki, tętno, czas. No i oni powiedzieli, że o tej porze nie było oznak życia… – relacjonuje B. Kowalczuk.
 – Chyba zeszło z niego ciśnienie, do tego podróż, zmęczenie po zarwanej nocy.  W poniedziałek była komisja, przyszedł  z niej bardzo zmęczony. W nocy pracował. Mówił, że musi to zamknąć, zanim wyjedzie na konwent. Wstał rano – zastanawia się.
Był ostoją
Pani Barbara opowiada o tym, jak pięknie się różnili. 
– On był ostoją. Ja jestem nerwus. Ja z siebie wyrzucę. Ja wypłaczę. On ukrywał emocje. Zawsze z wielkim szacunkiem i spokojem podchodził nawet do tych, którzy mocno krytykowali. Nie wypominał – mówi.
Czy to też mogło dać taki dramatyczny skutek?
– Ścisnęło mu serce. To musiała być chwila. Tak było z jego mamą i bratem – tłumaczy żona. 
Nadciśnienie było rodzinne.
– Zmarł brat męża. Miał 56 lat. Zawał. Dosłownie chwila i nie było ratunku. Ich mama podobnie. A mąż przeszedł covid. Też jego serce bardzo ucierpiało – dodaje.
 Sama, dokładnie we wtorek, 21.03., miała założony holter.
– On też miał go mieć. Mówiłam mu: ” Ryszard, trzeba coś robić, dbać”. Powiedział, że jak wróci z konwentu to zrobi… – wspomina.
 Pączki i koniczyna
Poznali się na studiach.
– Studiował nauki polityczne, a ja byłam na pedagogice we Wrocławiu. Mieszkaliśmy blisko siebie, w akademikach na ul. Krętej. Tam zapraszał na przepyszne pączki… – wspomina B. Kowalczuk.
 Ale cały czas ciągnęło go do Brodów.
Pierwsze kwiaty pani Barbara dostała od przyszłego męża we Wrocławiu.
– Zerwał dla mnie… koniczynę. A gdy zostaliśmy małżeństwem, co tydzień dostawałam kwiaty. Te, które dał mi ostatnio, wciąż stoją w wazonie – wzrusza się B. Kowalczuk.
Na studiach miał praktyki, potem pracował w radiu we Wrocławiu.
– Zajmował się oprawą muzyczną.  W walentynki, jak puszczał muzykę, to powiedział, że chciałby koniecznie pozdrowić Barbika. Bo tak mnie nazywał – „mój Barbik”- przeciera oczy żona.
Muzyka towarzyszyła mu cały czas.
– I poważna, i rockowa. Często bywaliśmy w filharmonii. Lubił słuchać The Cure czy Sztywnego Palu Azji – opowiada żona.
Musieli być razem
Po studiach B. Kowalczuk pracowała w Lubinie, w szkole.
– Mąż zaczął od 1994 r. służbę celną w Tuplicach, potem w Zasiekach, w Olszynie. Ja rok popracowałam w szkole, ale stwierdziliśmy, że ta odległość nas zabija. Jedno tęskniło za drugim. Dlatego przyjechałam na rozmowę do szkoły. Potem był ślub. I tak już zostało – opowiada.
Ślub wzięli w sierpniu 1994 r. W 1998 r. na świat przyszedł ich syn, Jakub, dziś magister inżynier, w 2003 r. – córka Julia, obecnie studentka kierunku bezpieczeństwo narodowe.
– Rodzina, dzieci to było zawsze dla niego najważniejsze. Teraz odejście taty najbardziej przeżywa Jula. Jakub jest starszy, dojrzalszy. Julia była oczkiem w głowie taty… – martwi się pani Barbara.
To ojciec i mąż był podporą.
– Przez moje chorowanie pomagał mi przechodzić. Muszę jeździć do hematologa, reumatologa, pulmonologa. Wspieraliśmy się nawzajem – podkreśla.
Rodzina to była dla niego siła.
– Rok temu składaliśmy z tatą szafki. Mamy biblioteczkę na całą ścianę. Uwielbiał historię, w szczególności okres wojen napoleońskich. I trochę mnie tym bakcylem zaraził. Tak jak honorowym krwiodawstwem. Oddaliśmy ponad 12 litrów krwi. A w wolnych chwilach morsowaliśmy – mówi Jakub Kowalczuk, syn.
Kochał góry
Jest coś, co syn będzie pamiętał do końca życia. Wakacje w Bieszczadach w 2020 r.
– Zorganizowaliśmy się w tydzień. We dwóch wybraliśmy się w ponad 20-kilometrową trasę. Słońce, silny wiatr, deszcz, mgła. Nie było widać nic w odległości półtora metra. Bardzo nas to zbliżyło, bo musieliśmy się wspierać, polegać na sobie. W pewnym momencie usłyszeliśmy ryk niedźwiedzia. To była potężna adrenalina. Zatrzymaliśmy się, popatrzyliśmy sobie w oczy i już wiedzieliśmy, że dalej to już naprawdę trzeba biegiem… Potem to już się z tego śmialiśmy – opowiada pan Jakub.
 R. Kowalczuk kochał góry.
– Bieszczady, Beskidy, Karkonosze. Zawsze, gdy jechał na konwent, przy okazji szedł w góry. Czasami się denerwowałam. Tylko dzieci wiedziały, że idzie. A ja dostawałam zdjęcia, pozdrowienia, już z trasy. Teraz wiedziałam, że ma iść. Cieszył się. Nie mógł się doczekać. Taka piękna pogoda. Dobrze się czuł. Na nic nie narzekał – w głosie pani Barbary słychać głęboki smutek.
Pościł i wierzył
R. Kowalczuk był głęboko wierzący. Odmawiał różaniec. Śpiewał w chórze. Post był dla niego szczególnym czasem.
 – Nie jadł mięsa i wędlin przez cały post. Tylko warzywa i lekkie obiady. A jak przychodził piątek, to chleb i woda. Tradycyjnie wyglądały też nasze święta – wigilia była postna. Uwielbiał kucharzyć. Pieczenie ciast, chleba i gotowanie – to był jego sposób na odreagowanie emocji, stresu w pracy.  Teraz też, przed Wielkanocą, robił to, co zazwyczaj – mówi żona. – Przed świętami wędził mięsa. W tej chwili mamy tyle zapeklowanego mięsa w lodówce. Przygotowanego do wędzenia. To było jego zadanie… – pani Barbara nie wie, jak przetrwa ten świąteczny czas.
Brody miłością
– Do nas mówił wiele razy, że nas kocha nad życie. Ale dodawał, jak bliska jest mu ta ziemia. Powtarzał: „Tu są moi ludzie, tu ciężko pracowali na roli rodzice” – wspomina żona.
I mocno tym żył. Był strażakiem.
– Zawsze był uczynny dla wszystkich. Kto by go nie poprosił. Jak się coś działo, to biegł pomagać. Mówił, że jest tylko skromnym chłopakiem ze wsi – dodaje syn.
Opiekuj się nami
Każdego dnia żona dostawała od R. Kowalczuka wiadomości „Dzień dobry, kochanie”.
– Gdy wróciłam we wtorek z pracy na stole znalazłam kartkę „Kocham Cię, do zobaczenia”- B. Kowalczuk ociera łzy.
Teraz do niego napisała. „Byłeś, jesteś i zawsze będziesz całym moim, naszym światem. Śpiewaj w anielskich chórach. Wędruj po swoich ukochanych górach. Gotuj, piecz chleb i ciasta dla aniołów. Czytaj im książki na dobranoc. Gaś pożary. Bardzo proszę Cię, opiekuj się nami z nieba.”
R. Kowalczuk spoczął na cmentarzu w Brodach.
 

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz