Nie sposób zliczyć, ile dzieci przyszło na świat dzięki doktorowi Henrykowi Walczakowi. Ginekolog z Nowej Soli zmarł w wieku 74 lat.
Magdalena Walczak, przykuta do szpitalnego łóżka, sięga co chwila po uchwyt wiszący nad głową. Podnosi się. Poprawia połamaną nogę.
– Odwiedzałam męża w szpitalu dzień w dzień, tydzień w tydzień – mówi. – Wracałam akurat samochodem ze szpitala do domu. Nie zauważyłam, że auto przede mną skręca w prawo. Byłam zmęczona. Uderzyłam w tylny zderzak. Zabrali mnie do szpitala. Musieli zoperować mi nogę.
Pan Henryk, mąż pani Magdaleny, trafił do szpitala kilka tygodni wcześniej. Chorował na cukrzycę i miał poważne problemy z krążeniem. Przeszedł zabieg. Udany, więc przenieśli go na oddział rehabilitacyjny. Mieli leżeć w tym samym szpitalnym pokoju – mąż i żona. Mieli wspierać się nawzajem i wspólnie wracać do zdrowia.
– Rano zdążyliśmy jeszcze porozmawiać – kontynuuje pani Magdalena.
Pan Henryk nagle źle się poczuł. Konieczny był kolejny zabieg.
– Pomachałam, gdy zabierali Henia… – pani Magdalena zawiesza na chwilę głos. Spogląda na czarne kule, które kupiła mężowi. Wciąż stoją w szpitalnym pokoju, do którego pan Henryk nie wrócił. Doszło do zatrzymania krążenia. Zmarł w szpitalu, w wieku 74 lat.
Ona pediatra, on ginekolog
Pani Magdalena co chwila sięga po telefon. Ludzie dzwonią. Przysyłają pozdrowienia, podtrzymują na duchu. Nie tylko rodzina, ale też znajomi, ci bliżsi i dalsi. Piszą i dzwonią nawet dawni współpracownicy. Myślą o pani Magdalenie. Przecież przez blisko 40 lat pracowała jako pediatra, a pan Henryk był ginekologiem.
Codziennie ktoś wpada do szpitala z odwiedzinami. Właśnie przyszedł pan Zbigniew, złota rączka. Z panem Henrykiem współpracował prawie 25 lat. Naprawiał, co trzeba w przychodni, kosił trawnik. Niezastąpiony człowiek od wszystkiego.
– Ja traktowałem pana Henia jak rodzinę i ciężko mi się pogodzić z jego śmiercią, nie mogę w to uwierzyć – przyznaje.
Walczaków kojarzą setki, jeśli nie tysiące nowosolan. Pracowali w nowosolskim szpitalu. Pan Henryk jako ginekolog pracował też na dawnej porodówce w Kożuchowie. Później z kolegami otworzył prywatną przychodnię. Nie sposób zliczyć, ile dzieci przyszło na świat całych i zdrowych dzięki prowadzeniu ciąży przez doktora Walczaka.
Na pogrzebie żegnał go tłum mieszkańców i lekarzy. Panią Magdalenę do kościoła, a później na cmentarz zawiozła szpitalna karetka. Jest wdzięczna wszystkim za obecność.
– Doktor Marzena Plucińska tak pięknie przemawiała w imieniu izb lekarskich – wspomina. – Ksiądz Tomasz Duszczak, kapelan szpitalny, wygłosił piękną homilię. Mój siostrzeniec, Piotrek Derlacz, zacytował wiersz autorstwa mojego nieżyjącego kuzyna, poety Andrzeja Sulima-Suryny, z tomiku „Światło”. A Julek Hucko, przyjaciel i wspólnik męża, odczytał list, który napisał prosto z serca – pani Magdalena wzrusza się na wspomnienie słów wygłoszonych przez doktora Huckę. W telefonie ma zdjęcie tego listu.
Białe lilie i zapalona świeczka
– Kiedy spotkaliśmy się prawie 40 lat temu w nowosolskim szpitalu, nie myśleliśmy, że będziemy pracować razem do końca – powiedział doktor Hucko w trakcie pogrzebu. – Heniu, byłeś jedną z tych osób w naszym życiu, do których obecności byliśmy przyzwyczajeni. Teraz, gdy cię zabrakło, czujemy się jak w mieszkaniu, w którym spędziliśmy całe życie i w którym ktoś niepostrzeżenie poprzestawiał meble… – doktor Hucko wspomniał też w trakcie pogrzebu, że ich wspólna przychodnia w tym roku obchodzi 25-lecie. Na wrzesień szykowali obchody. Zamiast jubileuszowych ozdób, w korytarzu przychodni stanął jednak stelaż przykryty czarną płachtą, z czarno-białym zdjęciem doktora Walczaka, obok białe lilie i zapalona świeczka.
A później było całe życie…
Pani Magdalena, przykuta do szpitalnego łóżka, próbuje ułożyć sobie w głowie dalsze życie. Wydawać by się mogło, że emerytowana lekarka zniesie śmierć bliskiej osoby lżej, bo przecież przez lata wykonywania zawodu napatrzyła się na nieszczęścia.
– Ale to tak nie działa – mówi. – Na śmierć bliskiej osoby chyba nie da się przygotować.
Teraz myśli o sprzedaży domu. Bo co pocznie sama w dużym domu na nowosolskim Pleszówku, który zbudowali przed laty? Myśli o przeprowadzce do Zielonej Góry, bliżej dzieci. Z drugiej strony żal jej wspólnych chwil spędzonych w tych murach z mężem, żal zgromadzonych przez lata przedmiotów i wspomnień. Wychowali dwie córki, doczekali się dwóch wnuczek.
– Nasz dom był otwarty dla wszystkich – zaznacza pani Magdalena.
Wcześniej mieszkali w bloku.
– Do Nowej Soli przyjechaliśmy w 1975 roku, zaraz po studiach, bo dostaliśmy tu mieszkanie lekarskie – opowiada. – Poznaliśmy się na drugim roku studiów medycznych w Poznaniu. Uciekliśmy z wykładu. Henio zabrał mnie wtedy na kawę. W 1976 roku wzięliśmy ślub. A później było całe życie… Mąż lubił Bałtyk. Kiedyś jeździliśmy też w góry, ale z czasem, gdy zaczął chorować, to coraz bardziej się męczył. Więc zostawało morze. Rewal. Tam lubił jeździć najbardziej. Tam odpoczywał, bo, mimo choroby, cały czas ciężko pracował. Nie wyobrażał sobie życia bez pracy… – pani Magdalen sięga po telefon. Przegląda zdjęcia sprzed lat. Poprawia połamaną nogę, która boli, choć nie tak bardzo, jak pęknięte serce.
19
Poprzedni artykuł