W 29. kolejce rozgrywek lubuskiej 4. ligi Promień Żary przegrał na własnym stadionie 0:1 z Lubuszaninem Drezdenko. Jedyna bramkę zdobył Łukasz Wesołowski w 89. minucie gry.
Można przegrać mecz. Nieraz po prostu nie idzie. Nieraz jest się słabszym i mimo próby podjęcia walki nie jest się w stanie nic zrobić. W takich wypadkach daje się z siebie wszystko. Maksa. Po prostu jedzie się do trupa i nie patrzy czy zejdę z boiska sam, czy mnie zniosą. Karetki mają stać przed bramą i odbierać wycieńczonych piłkarzy.
Promień po ostatnich zwycięstwach i planowanych porażkach uwierzył w siebie. To dobrze. Trzeba być pewnym swoich umiejętności. To pomaga. Ale nie wolno przy tym lekceważyć przeciwnika, któremu przed tym spotkaniem było, tak naprawdę, wszystko jedno. Lubuszanin teoretycznie jest jedną, a nawet dwoma nogami w okręgówce i mają wywalone na to czy przegrają 0:5, czy mniej. Zwycięstwo to wartość dodana i łechce ego.
Chcieli wygrać przed meczem
Zespół Promienia chyba już przed meczem dopisał sobie 3 punkty, a wyjście na murawę potraktował lajtowo. Spacerowo. Momentami było widać jakby zawodnicy mentalnie wcale nie dojechali, bo myślami byli w cieplutkiej szatni. Ale przecież żaranie mają o co walczyć. Chcą za wszelką cenę utrzymać się w 4.lidze, ale w sobotę przypominali zespół z poprzedniej rundy. Zastraszony, chaotyczny i bez ducha walki. No może Karol Łyczko, odstawał od tej mizerii. Biegał w te i we te jak nakręcony, usiłując być wszędzie. Nie przeszkodziła mu nawet rozbita głowa i pęknięty łuk brwiowy. Karol po opatrzeniu go przez Henryka Krzemińskiego wparował na boisko jak czołg, chcąc za wszelką ceną pobudzić swoich kolegów do gry. Ale oni jakby niespecjalnie chcieli. W środku pola ziała ogromna dziura spowodowana brakiem kontuzjowanego Galindo, skrzydłowi byli cieniami samych siebie, a boczni obrońcy przypominali odbezpieczone granaty. Obaj zresztą dostali żółte kartki za spóźnione interwencje, których z każdą minutą przybywało i trener Piotr Makowski zaczął mieć ogromny dylemat, bo obaj nadawali się do zmiany, tak jak skrzydłowi, ale …nie miał kto za nich wejść. Krótka ławka, a na niej sami młodzi, nieograni zawodnicy. W końcu Makuś musiał działać.
Nietrafione zmiany
Zdjął Mościckiego, Pruchniaka, i Łozińskiego, Łuszczewski opuścił boisko już po pierwszej połowie. Zdjął także Michała Olkiewicza, który dzielnie próbował załatać dziurę w środku pola i na boisko weszli zawodnicy, których odpowiedzialność za wynik ewidentnie przerosła. Mnożyły się niecelne podania i fatalne interwencje w obronie. Nie pomogło także pojawienie się na boisku Galindo, który utykał i przez 15 minut dotknął piłkę może 5 razy. Gospodarze nie stwarzali żadnych groźnych sytuacji pod bramką gości, natomiast Lubuszanin oddał więcej strzałów na bramkę Promienia niż przez całą rundę. To, że wynik do 89. Minuty był remisowy żaranie zawdzięczają Jackowi Fleszarowi, który uwijał się jak w ukropie na przedpolu, a raczej taplał się w ogromnej kałuży, która utworzyła się po obfitych opadach deszczu. Gdy już wszyscy na stadionie myśleli, że Promień dowiezie chociaż jeden punkt, nieodpowiedzialne zachowanie dwóch młodych zawodników zaowocowało kontrą, po której zwycięską bramkę strzelił Łukasz Wesołowski.
Żaranie po przegranej z Lubuszaninem znów znajdują się w strefie spadkowej i do ostatniego meczu będą walczyć o utrzymanie.
Podobnego zdania jest tez stoper Karol łyczko, który walczył na boisku niczym ostatni Mohikanin.
-Nasz występ był beznadziejny. Od początku spotkania popełniliśmy proste błędy i brakowało odpowiedniego zaangażowania. W końcówce zostaliśmy skarceni, znowu punkty przeszły nam koło nosa. Znowu mamy kiepską sytuację w tabeli i kolejne mecze będziemy grali pod presją. Jednak trzeba zachować spokój i przestawić się na odpowiedni tryb grania. Przed nami decydujący fragment sezonu.
121









































































































Poprzedni artykuł