Nie chcieli żyć bez siebie. Powiesili się na jednej gałęzi. Mąż i żona założyli sobie pętle na szyje. Stanęli razem na stołku. Potem go przewrócili.
Niewielki lasek na osiedlu muzyków w Żarach. Środa rano (6.04.). Na jednej gałęzi wiszą dwa ciała. Obok przewrócony stołek i krótki list. Zdzisława (†61 l.) i Wiesław (†64 l.) po ponad 40 latach małżeństwa postanowili razem odebrać sobie życie.
– Byli bardzo za sobą. Kiedy ona zaczęła chorować, on robił wszystko, żeby jej niczego nie brakowało – wspomina osoba związana ze zmarłymi.
Mieli jedną córkę, która z mężem i dziećmi mieszka w Niemczech. Córka odwiedzała rodziców sporadycznie, raz, dwa razy w roku.
– Byli bardzo skryci, rzadko się z nami kontaktowali – wspomina krewny.
Szli nocą w kapturach
Wiszące ciała zauważył emerytowany policjant idący na działkę wzdłuż ogrodzenia parkingu strzeżonego za basenem Wodnik. W pobliżu pracowała ekipa ocieplająca dom jednorodzinny, ale budowlańcy niczego nie zauważyli, mimo że ciała wisiały kilkadziesiąt metrów od nich. – Byłem zajęty pracą, nic nie widziałem, tym bardziej, że krzaki wszystko zasłaniały – tłumaczy jeden z pracowników.
W patrolu, który przyjechał na miejsce tragedii, był chrześniak Zdzisławy, policjant. Od razu rozpoznał zmarłych. Zaraz pojawili się tam inni krewni. Linki, na których wisiały ciała, odcięto i zwłoki położono obok drzew. Wszyscy byli zszokowani, nikt się tego nie spodziewał, chociaż Zdzisława i Wiesław w ostatnim czasie dawali niepokojące sygnały.
– Byli bardzo markotni, jak ich spotkałem na ulicy i przywitałem się, Wiesław nic nie odpowiedział, tylko machnął parasolem na znak, że usłyszał – wspomina krewny.
– Ostatni raz widziałem ich we wtorek, 5 kwietnia, o godz. 4 nad ranem, jak szli w kapturach, niedaleko parkingu – opowiada dyżurujący na nocce szef parkingu znajdującego się niedaleko miejsca tragedii.
Depresja
Zdzisława chorowała na raka.
– Była na naświetlaniu w Zielonej Górze i wydawało się, że wszystko jest w porządku – opowiadają krewni.
– Mówiła, że ledwo uszła z życiem, brała dużo leków – wspomina sąsiadka. – Ale z tego, co mi mówiła, nie miała nawrotów choroby.
Zaznacza jednak, że Zdzisława miała latem ubiegłego roku bardzo silną depresję.
Czy Wiesław nie mógł znieść widoku schorowanej żony? Ponoć zaczął nosić w plecaku sznurek i mówił, że jak żona nie dojdzie do siebie, to on popełni samobójstwo.
– Siadał przy piwie i mówił, że ma tyle problemów, że już długo nie pożyje – wspomina kolega Wiesława.
Dobiły ich długi
Do choroby żony doszły kłopoty finansowe. Zdzisława chodziła do sąsiadów pożyczać pieniądze. – Wzięła ode mnie 150 zł i długo nie oddawała, w pewnym momencie zaczęła mnie unikać, więc jej powiedziałem, że jak nie ma, to nie musi mi oddawać tych pieniędzy – wspomina sąsiadka.
– Z tego, co opowiadała Zdzisława, siostrzeniec wziął kredyt, a później przestał go spłacać. Ona z mężem byli żyrantami i to na nich spadł ciężar spłacania długów – dodaje sąsiadka.
Oboje byli na emeryturze. Zdzisława dorabiała jako opiekunka do dzieci, a Wiesław dorywczo stróżował na jednym z żarskich parkingów. Odeszli, zostawiając jedynie list pożegnalny.


