Trzy osoby zginęły w wypadku samochodowym. Terenówka zderzyła się czołowo z tirem. Dla Kazimierza S. (†54 l.), Stanisława S. (†58 l.) i Dariusza C. (†46 l.) była to ostania droga.
– Nic im życia nie wróci, ale tu trzeba prawdy dojść – domaga się Zofia Szymańska, żona Kazimierza S. (†54 l.), który zginął w wypadku. – Nie ma dyscypliny na tirowców, uważają, że cała szosa należy do nich – denerwuje się wdowa.
Do tragicznego wypadku doszło w poniedziałek (6.06), o godz. 18.10, na drodze z Żar do Lipinek Łużyckich, w okolicach Sieniawy Żarskiej. Tir jadący z Żar zderzył się z samochodem terenowym jadącym od strony Lipinek Łużyckich. Ze wstępnych ustaleń policjantów wynika, że kierujący terenówką ssang yong na łuku drogi stracił panowanie nad autem.
– W chwili wypadku panowały niekorzystne warunki drogowe. Mocne opady deszczu oraz śliska nawierzchnia utrudniały jazdę – mówi Kamila Zgolak-Suszka, rzecznik żarskiej policji. Kierujący tirem 35-letni Artur J. był trzeźwy. Nie odniósł żadnych obrażeń.
Niebezpiecznie wyprzedzał
– Oni się nie obronią, bo nie żyją. Mój mąż był spokojnym człowiekiem. Ja sobie dam głowę ściąć, że to nie była jego wina. On jeździł wolniej, niż przepisy nakazują – zarzeka się Z. Szymańska. Wdowa opowiada, że kobieta, która jako pierwsza pojawiła się na miejscu wypadku, mówiła jej, że kierowca tira kilka kilometrów wcześniej wyprzedzał ją w taki sposób, że niemal zepchnął ją na pobocze i że nosiło go po całej drodze. Z informacji, które uzyskaliśmy od rzecznika, policjanci nie dotarli do tego świadka.
Znalazła telefon
Wdowa żali się, że zabezpieczenie miejsca tragedii również pozostawia wiele do życzenia. 24 godziny po wypadku, Z. Szymańska razem z synem postawili na drodze trzy krzyże i znicze. Ku ich wielkiemu zdziwieniu i oburzeniu, na poboczu zauważyli wiele elementów z rozbitych samochodów, a pod złamanym drzewem znaleźli telefon Kazimierza. – W dniu wypadku dzwoniłam do męża wielokrotnie, ale nie mogłam się dodzwonić. Gdy pytałam policję o telefon, powiedziano mi, że go nie znaleziono, a on leżał cały czas obok – mówi Z. Szymańska.
Był u synowej
W poniedziałek, około godz. 16, Kazimierz wyjechał z Drozdowa, gdzie mieszkał, do Lipinek Łużyckich, do synowej. Mieli zaplanowany wyjazd do Żar, żeby kupić wózek dla ochrzczonej dzień wcześniej wnuczki. Zabrał się z nim Stanisław S. (†58 l.), mieszkaniec Boruszyna, który chciał znajomej w Lipinkach zawieźć dwa szczeniaki, oraz Dariusz C. (†46 l.), szwagier żony Kazimierza, który tymczasowo u nich mieszkał. Gdy Kazimierz wrócił z synową i kupionym wózkiem do Lipinek Łużyckich, Stanisław i Dariusz ponownie do niego dołączyli. Synowa prosiła go, żeby został na kawę, dobiegł również wnuczek i usiadł mu na kolana, prosząc, żeby dziadek jeszcze nie jechał. Kazimierz odmówił, bo okazało się, że kobieta, której przywieźli szczeniaki, jednak ich nie chce i postanowili, że zawiozą je do znajomego w Żarach.
29 kilometr
Było około godziny 18. Padał deszcz i na drodze było bardzo ślisko. 29 km drogi prowadzącej z Żar do przejścia granicznego w Łęknicy był już naznaczony krzyżami. Zaraz za ostrym łukiem, niedaleko Sieniawy Żarskiej, w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach doszło do zderzenia terenówki z tirem. Mimo że pasażerowie osobówki mieli zapięte pasy i zadziałały poduszki powietrzne, nie mieli szans. Gdy przyjechało pogotowie, trzej mężczyźni jadący terenówką już nie żyli. Kierowca tira, chcąc najprawdopodobniej uniknąć zderzenia, uciekł na prawą stronę i ściął dwa drzewa. Nic mu się jednak nie stało. Ruch na drodze był zablokowany aż do godz. 2 w nocy.
Zawsze ostrożny
Kazimierz osierocił trójkę dzieci. – Nie miał czasu dla siebie, był super człowiekiem – wspomina żona.
– Zawsze, kiedy potrzebowałem jego pomocy, mogłem na niego liczyć – mówi jeden z sąsiadów z Drozdowa.
– Jeździł zawsze tak ostrożnie. Zawsze zatrzymywał się, żeby mnie przepuścić, gdy przechodziłam przez drogę – wspomina sąsiadka Alina. – Wiele razy mnie podwoził, nigdy nie przekraczał dozwolonych prędkości – dodaje.
– Gdy byłem na miejscu wypadku, funkcjonariusz powiedział mi, że nie było winy ojca – podkreśla syn pana Kazimierza, Krzysztof.
Od 14 lat Kazimierz prowadził firmę zajmującą się pracami leśnymi. Stanisław i Dariusz często mu pomagali. – Byli bardzo pracowici – wspomina K. Szymański.
Trzeba żyć dalej
Z tragicznego wypadku cało wyszły dwa przewożone szczeniaki. Trafiły do weterynarza. – Nie chcę tych psów widzieć na oczy – mówi Z. Szymańska. – Wiem, że nie są niczemu winne, ale za bardzo by mi przypominały o tej tragedii, a tu trzeba się pozbierać i żyć dalej – dodaje wdowa. – Ale jak to zrobić, gdy budzę się rano, patrzę, a tam wersalka pusta. Już na zawsze – kończy.
22
Poprzedni artykuł