Właściciele mieszkań w bloku przy ul. Zwycięzców w Żarach chcą się oderwać od spółdzielni mieszkaniowej. Napotykają jednak na trudności. – Zarząd spółdzielni rzuca nam kłody z różnych stron, bo boi się, że to może być początek końca spółdzielni – skarży się Bolesław Rupieta, członek zarządu wspólnoty, która chce się odłączyć.
Zarząd spółdzielni nie chce komentować sprawy. Stwierdził tylko, że w trakcie głosowania nad uchwałą o zmianie zarządzania nieruchomością były braki proceduralne i zaskarżył ją do Sądu Okręgowego w Zielonej Górze – Nie chcą nam przekazać zarządu, straszą sądem, zniechęcają, zapomnieli, że to oni są dla ludzi, a nie ludzie dla nich – przekonują członkowie wspólnoty, która chce się wyłamać ze spółdzielni. Właściciele mieszkań w bloku przy ul. Zwycięzców chcą się oderwać od spółdzielni, bo mają już dosyć tego, żeby ktoś za nich decydował co jest najważniejsze i najpilniejsze do zrobienia w ich własności.
Wybudowali chodnik
– Kilka lat temu spółdzielnia wybudowała chodnik obok bloku, nikogo nie pytając o to, czy jest on potrzebny. Kosztami obciążyła wspólnotę, zadłużając ją bez wiedzy właścicieli na kilkadziesiąt tys. złotych – opowiada Elżbieta Zawiślak, członek zarządu wspólnoty. – Były do zrobienia ważniejsze rzeczy, choćby wymiana zniszczonych drzwi. Nie potrzebujemy uszczęśliwiania na siłę – dodaje B. Rupieta.
Chcą sami decydować
Właściciele mieszkań postanowili wziąć los w swoje ręce i przejąć zarząd nad wspólnotą. W bloku jest 30 mieszkań z czego 8 jest dalej własnością spółdzielni, pozostałe należą do prywatnych właścicieli. Od strony prawnej wszystko jest jasne. Gdy większość właścicieli lokali chce, może podjąć uchwałę, że w zakresie ich praw i obowiązków oraz zarządu nieruchomością wspólną będą miały zastosowanie przepisy ustawy o własności lokali, a nie ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych. Wtedy właściciele sami wybierają zarząd, który zajmie się bieżącym zarządzaniem wspólnotą. Warunkiem jest, żeby taką uchwałę podjęła większość. I tutaj powstały rozbieżności pomiędzy żarską spółdzielnią, a mieszkańcami bloku przy ul. Zwycięzców.
Czy była większość?
Spółdzielnia ma wątpliwości, czy w spotkaniu 6 grudnia 2010 r., na którym została podjęta uchwała o przejściu na przepisy o własności lokali faktycznie była wymagana większość mieszkańców i czy dobrze zostały wyliczone udziały poszczególnych właścicieli. Zarząd spółdzielni zwrócił się z prośbą do nowego zarządu o wyjaśnienie niejasności. Mieszkańcy poczuli się urażeni, że oskarża się ich o fałszerstwa i podrabianie podpisów i nie udzielili wyjaśnienia spółdzielni. W takiej sytuacji zarząd spółdzielni zaskarżył podjęte uchwały do sądu i wstrzymał przekazanie nieruchomości nowemu zarządowi do czasu rozstrzygnięcia sprawy. Później zaczęły się wzajemne oskarżenia o rzucanie kłód, o brak kultury, o utrudnianie wykonania woli właścicieli.
Spieszyli się
Mieszkańcy i przedstawiciele spółdzielni spotkali się 6 grudnia o godz. 17. Nie wszyscy właściciele dotarli na spotkanie na umówioną godzinę, dlatego opóźniano jego rozpoczęcie. W końcu po upływie kwadransa obrady się zaczęły. Zarząd spółdzielni z Stanisławem Hałaburą, prezesem, przedstawił swoje stanowisko i nie czekając na wyniki głosowania opuścił spotkanie. Później, gdy na biurko prezesa trafiły wyniki okazało się, że są tam podpisane osoby, których prezes nie widział na spotkaniu. To wzbudziło w nim podejrzenia, że być może nie wszystko było przeprowadzone zgodnie z procedurami. – Prezes nie miałby żadnych wątpliwości, gdyby został do końca spotkania, ale widać bardzo mu się spieszyło – denerwują się mieszkańcy bloku. Teraz są narażeni na dodatkowe koszty, bo będą musieli jechać do sądu do Zielonej Góry. – To kolejny dowód na to, że zarząd spółdzielni szasta pieniędzmi. Za rozprawę, dojazdy przedstawicieli spółdzielni trzeba zapłacić. Kto to zrobi? Oczywiście ci, którzy do niej należą – przekonują jeszcze spółdzielcze „czarne owce”.
42
Poprzedni artykuł