Walek, bocian, którego uratowała Wioleta Rytwińska, właśnie czeka na wyklucie potomstwa.
Wioleta Rytwińska kilka lat temu założyła zeszyt. Opisuje w nim życie bocianów, które mieszkają w gnieździe nad jej dachem. Niczym ornitolog notuje daty przylotów i odlotów, ilość potomstwa. Każdy bocian ma u niej imię. Sąsiedzi w okolicy mówią, że to jej bociany. I nic dziwnego, bo potrafi wziąć je pod pachę i przynieść pod gniazdo. Rok temu rannego Walka znalazła za samochodem zięcia.
– Pies mnie zaalarmował. Jakoś tak dziwnie zaszczekał i wyszłam zobaczyć, co się stało. Patrzę – bocian. Jakaś menda postrzeliła go z wiatrówki. Biedy nie mógł się wznieść do gniazda, a cały dziób siana przyniósł – wspomina pani Wioleta.
Wezwała Marcina Walaska, który przy Parku Krasnala prowadzi azyl dla zwierząt.
– Nastawili mu skrzydło i założyli bandaż, ale później, jak zrobili mu zdjęcie, okazało się, że miał śrut. Jak można strzelać do takiego pięknego stworzenia? – nie może zrozumieć pani Wioleta.
Bocian mieszkał u niej przez kilka miesięcy.
– Karmiłam go żołądkami, sercami, piersiami z kurczaka. Musiał leki dostawać, żelatynę, kolagen, żółtko pałaszował, aż cały dziób miał oklejony. Sąsiedzi pomagali mi go wyżywić, Urząd Miasta pomagał, Maciej, syn pana Walaska, a także pan Adam, weterynarz, który grosza za pomoc nie wziął, wszystko wspaniali dobrzy ludzie – wspomina.


Jak sobie poradziła z dzikim ptakiem?
– Był posłuszny jak pies. Jak przychodził wieczór i mówiłam „idź do siebie”, to rozumiał i szedł do chlewika – mówi. Opowiada, że Walek nie mógł latać i tylko spoglądał w stronę gniazda, a tam… – Ta jego bocianica miała obcego adoratora. Sąsiad go nazwał Fanfan Tulipan. Jajka mu wysiedziała, ale cały czas ona na swojego Walka zaglądała i tylko klek-klek, klek-klek go wołała – mówi W. Rytwińska.
Walek, to ty?
Jak Walek wydobrzał i nabrał sił, odleciał na zimę. Wszyscy zastanawiali się, czy po takich przygodach kiedyś wróci. Jak tylko pojawiły się pierwsze oznaki wiosny, pani Wioleta siedziała jak na szpilkach, czekając na „synka”.
– Pojawił się 3 marca o 16.30. To był wtorek – odczytała notatki. – Akurat córka przyjechała. Patrzę – leci bocian, krąży, krąży i na gniazdo. Mówię „Walek, to ty”? A on klek-klek i się przyglądał. Raz wylądował nawet na podwórku, obszedł, zajrzał do chlewika, a później musiałam mu bramę otworzyć, żeby mógł wyjść i się wzbić, bo tu za mało miejsca miał – opowiada W. Rytwińska. I dodaje, że jego ukochana przyleciała dopiero na początku kwietnia.

– Nie tylko on na nią czekał. Całe osiedle czekało. Sąsiedzi przychodzili i pytali, czy już jest. Dwa razy w gnieździe była obca samica, ale się do niej nie dobierał, obeszła gniazdo i odleciała. On cały czas w niebo patrzył i zaglądał za swoją Polą (tak pani Wioleta nazywała jego partnerkę – przyt. red.). I wreszcie przyleciała. Po miesiącu. 4 kwietnia o 18.05. O! Jak oni się tulili! To musi być prawdziwa miłość. Teraz czekają na potomstwo – opowiada pani Wioleta.


Bociany symbolizują szczęście, dobrobyt i płodność.
– Z mężem żyjemy już 45 lat i daj Bóg, żeby się wszyscy kochali tak, jak my. Zdrowia już nie mam, ale niczego mi nie brakuje. A doczekałam się sześciorga wnuków, w tym dwóch przybranych – uśmiecha się W. Rytwińska.