Dlaczego się ukrywają? Bo poza miłością rządzi nami też strach. Przed kim ten strach? Przed kim ukrywają? Przed tymi, którzy nigdy nie kochali i których nikt nigdy nie kochał, którzy nie są zdolni do uczuć.
Plac między filharmonią i kościołem w Zielonej Górze był w sobotę jak oaza na pustyni. Bo oto ludzie w pelerynach z tęczowych flag, z hasłami „Jestem dumna z bycia sobą!” krzyczącymi z tekturowych transparentów, ubrani w kolorowe peruki, w krzykliwe stroje, ale też ludzie w zwykłych dżinsach i koszulkach polo z niewielką tęczową przypinką – wszyscy oni mogli być sobą i na oczach miasta przytulać się, trzymać za ręce, manifestować swoją miłość. Chłopak trzymał chłopaka za rękę, dziewczyna całowała dziewczynę. Otoczeni kordonem policji, mogli czuć się bezpieczni.
Miłość kontra strach
Na co dzień w miastach wielkości Zielonej Góry, czy pobliskiej Nowej Soli, osoby LGBT raczej rzadko okazują sobie uczucia na oczach przechodniów. Na polskiej wsi to się praktycznie nie zdarza. – Jest dla mnie nie do pomyślenia, że mogą być tacy ludzie, którzy się swoją miłością, swoim szczęściem i swoim zakochaniem nie mogą podzielić ze światem, że muszą [paywall] to ukrywać – mówiła w sobotę ze sceny przy filharmonii Anita Kucharska-Dziedzic, posłanka Lewicy. Dlaczego się ukrywają? – Bo poza miłością rządzi nami też strach – tłumaczyła Kucharska-Dziedzic. Przed kim ten strach? Przed kim ukrywają się geje, lesbijki i inne osoby LGBTIQ? – Przed tymi, którzy nigdy nie kochali i których nikt nigdy nie kochał, którzy nie są zdolni do uczuć. Takie marsze jak dzisiaj, taka pełna manifestacja akceptacji, taka pełna manifestacja równości i miłości do drugiego człowieka niech zostanie z nami na zawsze – apelowała Kucharska-Dziedzic ze sceny.
Prezydent nie odpisał
Udział w marszu równości, w miastach wielkości Zielonej Góry, przez wielu, również przez niektóre osoby ze środowisk LGBT, wciąż jest postrzegany jako akt odwagi. – Ja się nie boję, ale rozumiem, że są osoby, które mogą się bać manifestować swoje uczucia i orientację – mówiła w sobotę Anka, studentka, która na V zielonogórski marsz równości przyszła z przyjaciółmi. Czego mogą się bać? – Potępienia ze strony najbliższych, wyszydzania, problemów w pracy… – wyliczali znajomi Anki.
– Na pewno są też tacy, którzy po prostu nie potrzebują takich manifestacji – nie ukrywał Kacper Kubiak z Instytutu Równości, jeden z organizatorów, gdy poprosiliśmy go o wypowiedź. Może kogoś rażą mężczyźni w szpilkach i sukienkach? Może komuś przeszkadzają męskie usta pomalowane szminką? – Ale to przecież tylko konwencja, marsz organizujemy w formule karnawału, bo chodzi o radość i szczęście – tłumaczył Kubiak. Sukienka, szpilki, szminka… To wszystko jest jak mruganie okiem, niegroźne, bo przecież nikogo nie rani i nie krzywdzi. – Nikogo nie zmuszamy, żeby szedł z nami – zaznaczał Kubiak. – Grunt, żeby nas nie potępiać. Najważniejsze jest zrozumienie, akceptacja – apelował.
Ludzie z Instytutu Równości wysłali sporo zaproszeń do decyzyjnych osób z naszego regionu. Przyszli nieliczni. Niektórzy nie mogli z powodu wcześniej zaplanowanego urlopu. Inni ze względów zdrowotnych. Niektórzy pojechali na ryby, albo grillować na działce. – Wysłaliśmy zaproszenie również do władz miasta – kontynuował Kubiak. – Prezydent ani nie przyszedł, ani nie odpisał, ani nikogo nie przysłał w zastępstwie. Nie krytykujemy tego, choć oczywiście jest w nas trochę żalu. Przecież to niecodzienna sytuacja, żeby Zieloną Górę odwiedzała tak ważna osoba, jak Helena Dalli, komisarz Unii Europejskiej do spraw równości. Tymczasem nie pojawił się żaden przedstawiciel miejskich władz, nie podał ręki na powitanie, w geście poparcia walki o prawa osób LGBTIQ.
Ukłon w stronę uchodźców
Dalli przyjechała prosto z Wrocławia, gdzie uczestniczyła w konferencji „Europa równych szans”. Chwyciła za mikrofon i powiedziała do tłumu pod filharmonią, że w walce o prawa osób LGBTIQ nie wolno pomijać mniejszych miejscowości, właśnie takich, jak Zielona Góra. Między innymi stąd obecność komisarz w stolicy województwa lubuskiego.
Sobotnie wydarzenie było też aktem poparcia dla uchodźców, nie tylko tych z Ukrainy. Kacper Kubiak przypomniał ze sceny o uchodźcach, którzy koczują w lasach na polsko-białoruskiej granicy oraz o tych przetrzymywanych przez polskie państwo, pilnowanych przez straż graniczną w okratowanych ośrodkach dla uchodźców, które przypominają więzienia.
Do osób LGBTIQ uciekających przed wojną w Ukrainie nawiązała Dalli. – Dziś świętujemy dzień dumy w szczególnych okolicznościach – mówiła komisarz. – Za naszą granicą toczy się wojna. W sposób szczególny chcemy przyglądać się temu, jaka jest sytuacja osób LGBTIQ w Ukrainie. Słyszeliśmy o tym, że nie jest ona łatwa. Słyszeliśmy, że niektórzy mają problemy z tym, żeby przedostać się przez granicę do Unii Europejskiej. Były przypadki, kiedy kobiety trans nie mogły wjechać do Unii Europejskiej. Słyszeliśmy też o innych osobach transseksualnych, które straciły dostęp do potrzebnej im terapii hormonalnej. Zawsze jest tak, że podczas wojny cierpią ci, którzy są najbardziej narażeni. I dlatego w sposób szczególny właśnie nad nimi się pochylamy, czyli nad osobami LGBTIQ. Oczywiście myślimy także o innych ludziach. Chcemy jednak, by ci, którzy już mają trudniejszą sytuację, nie znaleźli się w sytuacji jeszcze gorszej i jeszcze trudniejszej przez tę wojnę.
Dalli w trakcie marszu przecięła wstęgę przy chodniku prowadzącym do Lubuskiego Urzędu Marszałkowskiego, który powstał z inicjatywy Kubiaka. Jest to tęczowy chodnik. To znamienne, że taki chodnik prowadzi właśnie do urzędu marszałkowskiego, który otwarcie wspiera walkę o równe prawa dla osób LGBTIQ, natomiast nie ma takiego chodnika przy urzędzie miasta, którego gmach stoi po drugiej stronie ulicy.
Wystarczyło nadstawić ucha…
Organizatorzy sobotniego marszu równości szacowali, że wzięło w nim udział blisko tysiąc osób. Czy fakt, że byli to głównie ludzie młodzi, a średnia wieku uczestników na oko wyniosła 20 lat z niewielkim haczykiem, świadczy o tym, że w młodych jest więcej odwagi do manifestowania swoich uczuć i tego, kim są? A może karnawałowa formuła wydarzenia do młodych po prostu lepiej trafia? W kolorowym, głośnym korowodzie, wyruszyli w miasto. Niektórzy przechodnie ich pozdrawiali, krzyczeli, że popierają. Inni nie zwracali uwagi. Byli i tacy przechodnie, którzy odwracali głowy i próbowali nie patrzeć, tak jakby bali się, że kolor tęczy wypali im oczy. Wystarczyło nadstawić ucha na deptaku, by usłyszeć kilka komentarzy w stylu „albo to powstrzymamy, albo to nas zeżre”.
Nie było jednak kontrmanifestacji (kilka lat temu, gdy zielonogórski marsz równości ruszał po raz pierwszy, taka kontrmanifestacja się odbyła). Nie było plucia pod nogi maszerujących (kilka lat temu pojawiła się grupa starszych kobiet z różańcami w dłoniach; pluły i przeklinały). Przed laty przeciwnicy zielonogórskiego marszu krzyczeli, że osoby LGBT roznoszą choroby weneryczne. W tym roku takich okrzyków nie było. Może usta przeciwnikom zamknął fakt, że jedną z wielu idei marszu jest propagowanie badań na HIV i badań na inne choroby weneryczne, które przecież dotykają też osób heteroseksualnych? Ba! Każdy mógł wykonać w sobotę takie badania za darmo! Również do tego zachęcały hasła płynące z głośników.
Chcą równych praw
A może nie było głośno skandujących przeciwników marszu, bo prawdziwa jest teza, że mieszkańcy województwa lubuskiego są bardziej otwarci i tolerancyjni, niż reszta Polski? Kacper Kubiak chce w to wierzyć. Ma jednak z tyłu głowy ostatni marsz równości w Gorzowie Wielkopolskim. – Tamtejsze lokalne władze robiły wszystko, żeby gorzowski marsz storpedować – wspominał Kubiak w rozmowie z nami. – W tym samym czasie odbyło się sporo kontrmanifestacji i innych wydarzeń.
Kubiak mieszkał przez kilka lat w Krakowie. Uczestniczył w marszach równości w dużych miastach. – Również tam były kontrmanifestacje. Z głośników puszczano komunikat, żeby po zakończeniu marszu równości udać się prosto do domów i żeby nie wracać samemu. Wszystko w trosce o bezpieczeństwo. W Zielonej Górze nie musimy już puszczać takich komunikatów, w trakcie marszu nie pojawia się już tak dużo policji, jak kilka lat temu, więc może rzeczywiście nasze miasto jest bardziej tolerancyjne?
Prawo jest jednak jednolite w całym kraju. Dla osób LGBTIQ jest wykluczające. – Ogranicza nam wolność – mówili uczestnicy sobotniego marszu, którzy domagają się nie tylko zmian mentalnych, ale też właśnie prawnych, przede wszystkim zalegalizowania związków par jednopłciowych. Wielu coraz głośniej domaga się też możliwości adoptowania dzieci przez takie pary.
Co mówią sondaże?
Sondaże dotyczące poparcia dla osób LGBTIQ przeprowadza regularnie Ipsos dla portalu OKO.press. W październiku ubiegłego roku portal opublikował wyniki jednego z takich sondaży. Wynikało z niego, że aż 56 procent ankietowanych Polaków wyraziło poparcie dla wprowadzenia związków partnerskich dla par jednopłciowych. Przeciwko było 39 procent – głównie osoby najstarsze i wyborcy PiS.
W maju 2022 roku OKO.press opublikowało wyniki kolejnego sondażu. Wnioski? O ile poparcie dla związków partnerskich i równości małżeńskiej powoli rośnie, o tyle rodzicielstwo osób LGBT wciąż jest najmniej akceptowane.
– Nikt z nas nie wybiera tego, jakim się rodzi – mówiła Helena Dalli w Zielonej Górze. – Dlatego ci, którzy tworzą prawo, nie mogą dyskryminować nikogo. Wręcz przeciwnie, prawo powinno być stworzone w taki sposób, aby wspierać i pomagać każdej jednostce.
18
Poprzedni artykuł