Krótka opowieść o tym, jak Tomasz Kamiński wojował z Nowosolską Spółdzielnią Mieszkaniową.
Ponad rok temu pracownicy firmy wynajętej przez Nowosolską Spółdzielnię Mieszkaniową robili remonty w jednym z nowosolskich bloków. Wymieniali między innymi rury. Weszli na dach. – Grzebali coś przy kominach – opowiada Tomasz Kamiński, mieszkaniec, który z żoną skutki tego grzebania odczuwał na własnej skórze przez kilka miesięcy.
Wcześniej nie ciekła
Po tym, jak robotnicy weszli na dach i grzebali coś przy kominach, na głowy Kamińskich, z sufitu ich mieszkania, zaczęła kapać woda. – Za każdym razem, gdy spadł deszcz – zaznacza Kamiński. Owszem, wysłał z żoną skargę do spółdzielni. Owszem, pojawił się pracownik tej spółdzielni. – Powiedział, że to prawa fizyki, że ta woda leci i kazał zamontować wiatraczki przy futrynie okna – pomstuje Kamiński. Gdy o tym opowiada, z nerwów aż nim trzęsie. Nerwy stracił też przy pracowniku spółdzielni. Nie ukrywa, że krzyczał, że rzucał wyzwiskami.
Spółdzielnia przysłała Kamińskim pismo, w którym członkowie zarządu pouczają, jak prawidłowo użytkować własne mieszkanie. „(…) zalecamy bezwzględne wykonanie odpowiedniego dostępu do kratek wentylacyjnych w kuchni i łazience wraz ze zwiększeniem otworu wyrównawczego w drzwiach łazienkowych. Dodatkowo rekomendujemy korzystanie z instalacji grzewczej w lokalu mieszkalnym i wykonanie nawiewników okiennych w celu zapewnienia odpowiedniego dopływu powietrza zewnętrznego” – brzmi fragment pisma. Kamiński przeczytał i znowu myślał, że wyjdzie z siebie. – Bo jakim prawem oni pouczają mnie, jak mam mieszkać? – pyta. – Przecież ja nie mam grzyba w mieszkaniu, a wcześniej, zanim weszli na dach i zaczęli tam grzebać, woda nigdy u mnie nie ciekła!
Tak nie może być
Kamiński pracował kiedyś jako dekarz. Zreperował wiele dachów. – Wejdź na dach i zobacz co jest grane – usłyszał od żony. Wszedł i nogi się pod nim ugięły. W trakcie tej wizyty nagrał film komórką, który dziś prezentuje. Na nagraniu słychać, jak Kamiński pomstuje. Widać też dziury, jedną tak wielką, że można wcisnąć dłoń. Koniec końców, Kamiński uszczelnił dziury sam, masą dekarską bitumiczną.
Spółdzielnia mimo wszystko ponownie przysłała pracowników. Zabrali się za kolejne naprawy. Kamiński znowu wszedł na dach. Znowu nogi się pod nim ugięły. Nagrał filmik. – Papa ułożona jak puzzle, a przy kominie blaszki – relacjonuje. Jedne mniejsze, inne nieco większe. Ledwo się trzymały. Wystarczyło złapać, lekko pociągnąć, żeby odpadły.
Kamiński przez całą tę sytuację poczuł się, jak w komedii Barei. Owszem, po tym jak sam załatał dziury, przestało mu kapać na głowę. Ale postanowił o wszystkim opowiedzieć na naszych łamach, żeby ludzie się dowiedzieli. – Bo tak nie może być – pomstuje – że my, mieszkańcy, płacimy pieniądze, podatki, składki, czynsze, a oni odwalają taką fuszerkę, za którą poniekąd obwiniają mnie, czyli mieszkańca. Mało tego! Jak ja wszedłem na dach, żeby naprawić to, co zepsuli, to usłyszałem, że ja nie mam prawa chodzić po tym dachu!
Spółdzielnia przeprasza
O sytuację zapytaliśmy Bogusława Grenia, prezesa Nowosolskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. – Rzeczywiście był problem – potwierdza. – Firma, która wykonywała zlecenie remontu komina, zrobiła to po prostu źle – wzdycha Greń. – Cóż mogę powiedzieć? Z firmą zerwaliśmy umowę i już żadnej nie podpiszemy. Rezygnujemy z usług tego wykonawcy. Dzięki mieszkańcowi udało się wykryć usterkę. W tym momencie nie pozostaje nam nic innego, jak tego mieszkańca po prostu przeprosić – kwituje prezes.
Tymczasem Tomasz Kamiński czuje się dotknięty postawą spółdzielni, tymi wszystkimi pouczeniami. Gdyby nie wdrapał się na dach, gdyby nie załatał dziur, to pewnie byłoby tak, że wykonawca obłożyłby cały komin blachą, która przykryłby również dziury. Kamińskiemu nadal kapałoby na głowę. A kto wie, może z czasem na głowę zawaliłby się cały sufit.
22
Poprzedni artykuł