Strona główna » To jest miłość prawdziwa

To jest miłość prawdziwa

przez imperia

Andrzej Majerski (30 l.) z Żar po studiach wyjechał na wolontariat do Finlandii. Tam poznał greczynkę Peggy (27 l.). Zakochał się. Pojechał za nią do Grecji. Dwa lata żyli szczęściem i miłością. Wydawało się, że nic nie może ich rozdzielić.
Andrzej najpierw skończył żarski Ekonomik, a potem historię na Uniwersytecie Zielonogórskim. Zawsze korzystał z życia. Był ciekawy świata. Niespokojny duch, wieczny optymista, dusza towarzystwa. Jeszcze w szkole średniej z kolegami założył w Żarach zespół Denaturat. Grał na gitarze basowej. Kiedy odebrał dyplom magistra, pojechał z kolegami „na stopa” do Francji. – Przejechali ten kraj wzdłuż i wszerz. Ma piękne wspomnienia i mnóstwo przyjaciół – mówi Teresa Majerska, mama Andrzeja. Po powrocie znowu nie mógł usiedzieć na miejscu. Wyjechał na rok do Finlandii. Jako wolontariusz uczył muzyki w fińskiej szkole, organizował koncerty. I tam poznał greczynkę Peggy. Andrzej stara się opowiedzieć o swojej ukochanej, ale jest bardzo słaby. Może wypowiedzieć tylko pojedyncze słowa. – Dobra. Kochana. Wesoła – mówi z trudem.  Ona też była wolontariuszką w Finlandii. Kiedy wyjechała, on ruszył za nią. Zamieszkali w Atenach. Andrzej pracował jako przewodnik po greckich wyspach. Zna świetnie angielski. Oprowadzał brytyjskich turystów. Peggy pracowała jako sekretarka w ambasadzie. Mama Andrzeja wyciąga kilka zdjęć. – Aż widać tą miłość – mówi pokazując fotografie.
 
Będą dramatyczne chwile
W Grecji Andrzej zaczął się coraz gorzej czuć. Był osłabiony. Myślał, że jest po prostu przemęczony pracą, może greckie słońce daje mu popalić. Zaczęły się wymioty, omdlenia. Peggy zawiozła go do szpitala. Lekarze wykryli guza w mózgu. – Peggy zadzwoniła, że Andrzej jest w szpitalu. Poleciałam do Grecji. Nie znam języka, nie byłam świadoma, że to tak poważna choroba – mówi pani Teresa. Zabrała syna do Polski. Lekarz w Warszawie nawet nie próbował dawać jej nadziei. – Nowotwór złośliwy na pniu mózgu. Będą dramatyczne chwile. Tak powiedział – mówi pani Teresa. Nie poddała się. Zaczęła leczyć syna w Poznaniu. Przez dwa lata dostał 18 chemii. Peggy nie opuściła Andrzeja. Znalazła lepiej płatna pracę w Holandii, żeby pomagać finansowo w leczeniu ukochanego.
– Jeszcze we wrześniu ubiegłego roku czuł się na tyle dobrze, że pojechał odwiedzić ją w Holandii. Peggy była u nas ponad tydzień na święta bożonarodzeniowe. Cieszyła się, że wreszcie poznała smak rosołu, który Andrzej próbował gotować jeszcze w Grecji – śmieje się pani Teresa.
 
Zostały im tylko sms-y
Ale od listopada stan Andrzeja drastycznie się pogorszył. Przestał chodzić, z trudem siedzi. Nie może sam się podnieść. Mama pomaga mu obrócić się na bok. Karmi. Daje pić. Kąpie. Peggy dzwoni codziennie rano. – Nigdy nie zapomnę, jak jednego dnia, podczas takiej rozmowy Andrzejowi zaczął po prostu zanikać głos. Nie mógł nic powiedzieć, chociaż chciał. Nasz papież mi się przypomniał – mówi Krystyna Gielicz, ciotka Andrzeja. Zostały im tylko sms-y. Andrzej jest zbyt słaby nawet na utrzymanie telefonu w dłoni. Mama przytrzymuje mu aparat, a on wystukuje literki. – To jest miłość prawdziwa. Ona go wspomaga, przyjeżdża. Nie boi się niczego. Bo teraz młodzi o byle co już się kłócą i rozstają. A tu mimo przeciwności. Taka odległość przecież. A ona się nie zniechęca. Jest optymistką. Mówi, tak jak Andrzej, że będzie dobrze, że to tylko chwilowe – mówi pani Krystyna.
 
Wezmą ślub
Mamie Andrzeja pomaga mąż, młodszy syn, siostra, przyjaciele Andrzeja i sąsiadka, która jest emerytowaną pielęgniarką.
– Ja nie mam doświadczenia. Do tej pory żyliśmy normalnie. Najtrudniejsze jest to, że poza najbliższymi, jest się zostawionym samemu sobie. W dużych miastach opieka jest łatwiejsza. Mają domowe hospicja, spotkania z psychologami, grupy wsparcia. U nas nie ma nic. Nie ma onkologa, żeby się można było poradzić – mówi pani Teresa. Lekarze odmówili podania Andrzejowi kolejnej dawki chemii. Mówią, że organizm może tego nie przetrwać. Przyjaciele Andrzeja założyli mu konto, na które wpłacają pieniądze. Część z nich mama Andrzeja już wykorzystała na opłacenie rehabilitantki, która przychodzi do Andrzeja trzy razy w tygodniu. – Ostatnio znaleźli klinikę w Heidelbergu. Ponoć podejmują się operowania takich przypadków. W grudniu wysłaliśmy papiery. Nie wiadomo czy się podejmą – mówi pani Teresa.
Andrzej pociesza mamę. Mówi, że to tylko reakcja na zbyt dużą ilość chemii. Wierzy, że wyzdrowieje. Zabierze Peggy z Holandii i wrócą do Grecji. Wezmą ślub. I już nic ich nie rozłączy.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz