Strona główna » Światełko, które zgasło

Światełko, które zgasło

przez imperia

Zmarła Michalina Tomków-Spurek (†39 l.) z Żar. Mama dwóch córek, Julii i Zosi, nauczycielka angielskiego w Szkole Podstawowej nr 5. Walczyła z nowotworem, który był źródłem ogromnego bólu. Niestety, przegrała.
Michalina Tomków-Spurek odeszła w środę, 2.10. Historia choroby Michaliny poruszyła wiele osób. W pomoc w pokonanie złośliwego raka młodej żaranki zaangażowało się wiele osób. Była zbiórka pieniędzy na leczenie, licytacje, kiermasze. Wielkie serca ulubionej nauczycielce okazywali uczniowie, ich rodzice i koledzy z pracy. Pomagali lokalni przedsiębiorcy, sportowcy i mieszkańcy Żar. Zebrano pieniądze, które dawały szansę na wyzdrowienie mamy dwóch nastoletnich córek.
Walczyła
Michalina, mimo ogromnego cierpienia, nie poddawała się. Walczyła i wierzyła w to, że pokona raka, że będzie mogła zająć się swoimi córkami, że wróci do swoich uczniów, których bardzo kochała, z wzajemnością. Cierpienie jej nie złamało. Miała w sobie wielkie pokłady dobra, które nawet w najtrudniejszych momentach pozwalały jej kochać i być wdzięczną za każdą kolejną przeżytą godzinę.
–  Walczyła do samego końca. Nie poddawała się. Do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję. Wydawało się nawet, że jest lepiej. Cały czas dziękowała, po rękach mnie całowała – mówi ze łzami w oczach Lucyna Tomków, mama Michaliny.
Zgasła
Choroba okazała się silniejsza. W środę, 2.10., nad ranem, Michalina zmarła w domu swoich rodziców, otoczona najbliższymi.
– Zgasło moje Światełko – mówi mama zmarłej. – Była takim dobrym człowiekiem. Zawsze chciała pomagać. Troszczyła się o słabszych. Dzieci w szkole ją kochały. Uczniowie pisali do niej piękne listy z podziękowaniami. Mnie, jako matce, serce rosło, gdy mi je czytała. Kochała być nauczycielem, kochała dzieci – wspomina pani Lucyna.
Michalina była młodą, piękną kobietą. Nowotwór próbował ją odrzeć z godności, ale nie poddawała się.
– Chorobę znosiła z godnością, bo rak odbiera kobiecie włosy, rzęsy, piękną skórę. A moja Misia zawsze o siebie dbała, była zadbana i nagle taki cios. To było coś okropnego dla mnie, dla matki, patrzeć na to. Ona jednak się tym nie załamywała – opowiada pani Lucyna. 
Szanowała
Michalina miała wielki szacunek do swoich rodziców.
– Urodziłam Michalinę, gdy miałam 39 lat, a ona umarła, gdy miała 39 lat – mówi pani Lucyna. – Misia nigdy do mnie czy do męża nie powiedziała „mamo, tato”. Zawsze zwracała się do nas „mamusiu, mamuniu, tatusiu”, cały czas. Zwracała się do nas z wielkim szacunkiem. Wszystkie nasze dzieci mają do nas ogromny szacunek. Nie wiem, jak to robiliśmy, że tak nas traktują. My po prostu bardzo je wszystkie kochaliśmy – dodaje. – Mój mąż całe życie do niej mówił „Ptaszyno”, ona mu odpowiadała, gdy nie mogła już chodzić „Tatusiu, ale twoja Ptaszyna ma skrzydełka połamane i nie może chodzić” – opowiada mama Michaliny.
Lata męki
Pierwsze objawy pojawiły się ponad trzy lata temu – bóle brzucha i krzyża uniemożliwiały Michalinie normalne funkcjonowanie. Wiedziała, że dzieje się coś niedobrego, zaczęła szukać pomocy u specjalistów. Niestety, zanim otrzymała wsparcie i właściwą diagnozę, minęło dużo czasu.
– Po roku otrzymała najgorszą możliwą diagnozę – nowotwór złośliwy z przerzutami IV stopnia – opowiadała w Telewizji Regionalnej Anna Tomków, siostra Michaliny.
Rozpoczęła leczenie onkologiczne w Zgorzelcu. Przez rok była poddawana chemii i ta chemia zaczęła przynosić dobre efekty. Stanęła na nogi i zaczęła w miarę normalnie funkcjonować.
– Wróciła do życia, zaczęła jeździć samochodem, mogła zajmować się córeczkami, natomiast po roku przyszło kolejne załamanie, kolejne bardzo silne bóle. Okazało się, że są kolejne przerzuty, chemioterapia przestała działać – wspominała A. Tomków.
Lekarze nadziei na wyleczenie Michaliny upatrywali w terapii immunologicznej, wzmacniającej odpowiedź układu odpornościowego. Po badaniach genetycznych dobrano odpowiedni lek i rozpoczęto leczenie. W związku z tym, że terapia nie była refundowana, ruszyła zbiórka środków na leczenie.
– Bardzo dużo ludzi ją wspierało. Była bardzo wdzięczna. I my też. Teraz te pieniądze, które nie zostały wykorzystane na jej leczenie, przekażemy na kogoś innego. Wszystko zostanie dokładnie rozliczone, żeby nie było żadnych wątpliwości, bo wiem, że takie się pojawiają… – mówi mama Michaliny.
Kochała zwierzęta
Michalina bardzo kochała zwierzęta. One to wyczuwały i towarzyszyły jej do samego końca.
– Była dobra dla zwierząt. Jedna z naszych kotek, Frania, była cały czas przy niej, na okrągło, aż do ostatnich chwil leżała przy niej na łóżku – mówi mama Michaliny. – Nie wiem, jak będę dalej żyła, ale po prostu trzeba. Jedna z wnuczek mnie pociesza, że teraz już będę miała spokój, odpocznę, ale tłumaczę jej, że ja przy Misi wcale się nie męczyłam, każda chwila spędzona z nią była dla mnie bardzo ważna, opieka nie była dla mnie ciężarem. Misia była takim Światełkiem, które zgasło.
Michalina zostanie pochowana na cmentarzu w Żarach w sobotę, 5.10., o godz. 10. Msza pogrzebowa zostanie odprawiona o godz. 8 w kościele p.w. WNMP.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz