Mama, babcia, pedagog z powołania. Ewa Polanowska (†58 l.), nauczycielka ze Szkoły Podstawowej w Mirostowicach Dolnych, zmarła 11.04. Choroba pokonała ją w pół roku.
Wzór człowieka i nauczyciela – tak mówią o Ewie bliscy. Zapalona tenisistka, miłośniczka morza, natury. A przede wszystkim najlepsza mama Damiana i Michała, teściowa Pauliny i Katarzyny, babcia Kingi i Antosia (7 lat), Gabrysi (6 lat), Wojtka (5 lat) i Poli (3 lata). A także córka, siostra, partnerka życiowa.
Te święta będą na pewno inne niż wszystkie. Bo czy czy to była Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, cała rodzina gromadziła się u Ewy. Spajała cała rodzinę, łagodziła wszystkie problemy.
Walka o życie
Walka o jej zdrowie trwała pół roku. Ta choroba to było coś, co trudno zrozumieć najbliższym. Bo Ewa była zwolenniczką zdrowej żywności, aktywnego trybu życia. Nawet oliwę wyciskała własnoręcznie. Wodę piła ze szklanych butelek. Piekła chleb. Robiła domowe soki, przetwory. Zawsze gotowała, potem rozdawała bliskim. Zachęcała, by zdrowo żyć.
Zaczęło się od powiększonych węzłów chłonnych. Poszła do lekarza. Ten nie owijał w bawełnę, Mówił, że zostało jej około pół roku. Jak się okazało, pomylił się o dwa tygodnie. To był złośliwy nowotwór wątroby. Potem z przerzutami.
Do pracy chodziła jeszcze w lutym. Przez lata nauczycielka nauczania początkowego, teraz była nauczycielem wspomagającym. Aż któregoś dnia zasłabła, koleżanki odwiozły ją do domu. Wtedy usłyszała od bliskich bardzo kategorycznie, żeby skupiła się wyłącznie na sobie, na leczeniu.
Choroba mocno przyśpieszyła w marcu. Miała się leczyć we Wrocławiu, ale nie zdążyła. Miała udar. Leżała w Szpitalu na Wyspie i w 105. Szpitalu Wojskowym. Porobili badania. Niestety, wynikało z nich, że stan Ewy jest bardzo ciężki.
Gdy przez ostatnie dni była w szpitalu, w jej sali było mnóstwo kwiatów. A ona cieszyła się na widok każdego z bliskich. Przychodzili, chcieli być razem. Gdy widziała u nich łzy, mówiła, żeby natychmiast przestali płakać. Że będzie dobrze. Że wyjdzie, do domu, do nich.
Ostatnie dwa dni była pod tlenem. A mimo tego cały czas się uśmiechała. By bliskich nie martwić, by nie gasić nadziei. Żartowali, śmiali się. Miała wyjść następnego dnia. Do swojego domu, z ogródkiem, który tak bardzo kochała. Nie zdążyła. Zmarła w piątek, 11.04., w szpitalu.
Żeby każdy miał taką mamę
Bliskim trudno zrozumieć, że odeszła. Jeszcze pod koniec stycznia była na podium na mistrzostwach w tenisie stołowym. Cały czas pracowała, choć wiedziała, że jest bardzo chora, ale nie chciała słyszeć o pójściu na zwolnienie. Bardzo kochała swój zawód. Przez 35 lat pracy, tylko przez 10 dni była na zwolnieniu. Najpierw pracowała w Mirostowicach Górnych, potem w Mirostowicach Dolnych.
Uwielbiała polskie morze. Bliscy wspominają, że każdego roku musiała być tam minimum 2-3 razy. Zresztą często zdarzały się jej spontaniczne wyjazdy. Także w góry. Często jeździła na zawody sportowe. Była bardzo aktywna, nie chciała zwalniać. Nie uznawała kompromisów. Poświęcała się pracy, pasjom i zawsze znajdowała czas dla rodziny. Bo była nie tylko mamą, ale przyjaciółką, powiernikiem…
Pedagogiem była z z powołania. Nigdy nie krytykowała uczniów. Pomagała. Umiała dostrzec coś w tym dziecku, które niekoniecznie stało z przodu i wydawało się, że zbyt mało umie, by na przykład wystąpić na akademii. A ona wyciągała takiego ucznia z tylnego rzędu, potrafiła zachęcić, wlać wiarę w siebie. Dużo dawnych uczniów o tym pamięta.
Pasja do nauczycielstwa wzięła się z tego, że tato był nauczycielem. No i Ewa, niewiele starsza od swojego brata Pawła, z całą powagą go „uczyła”. Wszystko było, dzienniczek, lekcje, tak jak w szkole.
Zawsze się uśmiechała. Takim pełnym, serdecznym śmiechem. Mówili o niej „śmieszka”.
Razem wyjeżdżali na urlopy, spędzali czas, jak tylko mieli taką możliwość. Grali w karty, w tysiąca. Pani Ewa nieraz w cuglach ze swoimi dziećmi wygrywała.
W ogródku dwa tygodnie temu posadziła sałatę. Wysiała rzodkiewkę. Już wykiełkowała, rośnie. Mówiła, że jak wyjdzie ze szpitala, zabierze się za cebulę.
Miała marzenia. Chciała jechać znowu nad morze. Ale gdy po pierwszym pobycie w szpitalu pojawił się udar, wtedy nie było to już niestety niemożliwe.
– Życzę każdemu, by miał taką mamę. Gdyby tylko tacy ludzie byli na świecie, byłby piękniejszy – mówi Michał, syn E. Polanowskiej. Teraz najbliżsi wierzą, że w każdym z nich pozostanie cząstka pani Ewy.
E. Polanowska spoczęła 16.04. na cmentarzu w Mirostowicach Dolnych.
20