Strona główna » Porucznik Sajewicz dobił do 100 lat

Porucznik Sajewicz dobił do 100 lat

przez PS

Mimo 100 lat, Grzegorz Sajewicz walki o wyzwolenie Kołobrzegu i zsyłkę na Sybir pamięta, jakby miały miejsce wczoraj. – To są zdarzenia, które zostają w głowie na całe życie, aż do grobu – mówi porucznik Sajewicz.

Grzegorz Sajewicz 100 lat skończy dokładnie 19 lutego. – Jeszcze miesiąc – mówi pan Grzegorz. – O ile dożyję – dodaje. 

– Zdrowie już nie to samo co kiedyś. Codziennie jest gorzej. We wszystkim trzeba mi pomagać. W nocy muszę co godzinę do toalety wstawać. Jeszcze kilka miesięcy temu wychodziłem z kolegami się spotkać, a teraz już nie wychodzę – narzeka. 

Do takiego stanu nie jest przyzwyczajony. Jeszcze osiem lat temu sam jeździł samochodem po mieście, a teraz przemieszcza się na wózku. Chociaż ciało już niedomaga, to umysł pana Grzegorza jest dalej ostry jak brzytwa. Czyta gazety, ogląda wiadomości i dobrze wie co się dzieje na świecie i w Polsce. Kiedy słyszy jak deprecjonuje się żołnierzy, takich jak on, to aż krew się w nim gotuje. Bo przecież wie, ile się nacierpiał i ile musiał przejść. 

Jak śledzie w beczkach 

Urodził się w miejscowości Lubiszczyce na Polesiu, powiat kosowski, gmina Iwacewicze, dziś to terytorium Białorusi. Ojciec był gospodarzem (10 krów, 20 świń). Opowiada, że w 1939 roku „Ruscy” szybko pojawili się w ich miejscowości. Trzeba było ich karmić. Później zajęli dom i zrobili w nim sztab, a w czerwcu 1941 roku całą rodzinę wywieźli na Syberię. 

– Napchali nas do wagonów, jak śledzi do beczki. Jedni się modlili, inni płakali – mówi pan Grzegorz. 

Wyobraźcie sobie tę podróż: pociągiem do Mińska, setki kilometrów bez przystanku, później przystań nad rzeką Ob, tam tysiące osób spędzili na statek i dalej na północ, do Kołpaszewa, a później do Nowosybirska, przesiadka na samochody i do miejscowości Togur, tam znów przesiadka i w tajgę.  

– Jak już nas tam przywieźli to do ojca przyszedł „bezpiecznik” (enkawudzista) i złożył mu propozycję, żeby raportował co miesiąc. Ojciec odmówił, to dał mu do podpisania papier, a tam była decyzja 25 lat zsyłki – opowiada G. Sajewicz. 

W sierpniu 1941 zesłańców ponownie odwiedził enkawudzistka. Poinformował, że na skutek układu Sikorski – Majski wprowadzono amnestię. 

– Powiedział, że możemy poruszać się po Związku Radzieckim, ale nie mniej niż 500 km od frontu – mówi weteran. Uciekli do miejscowości Krivosheino, gdzie 17-letni Grzegorz pracował przy rozładunku barek. Pamięta ile w 1943 roku w Związku Radzieckim warta była jego praca. 

– Zarabiałem 170 – 200 rubli. Za tyle to można było wiadro kartofli kupić. Macocha nam je gotowała, a z obierków robiła racuchy – wspomina. 

Jego bracia trafili do sierocińca w Tomsku. Tymczasem pojawiła się okazja, by zaciągnąć się do Armii Andersa. Nie udało się. Plany pokrzyżowało zapalenie płuc u ojca.

Na komisję wojskową udało mu się dostać dopiero, gdy formowała się Armia Berlinga.

– Ojciec powiedział pójdziemy razem. Ale Rosjanie zatrzymali nas na statku. Ojciec miał dokumenty, a ja nie. Zawrócili mnie. Kazali iść do domu – opowiada pan Grzegorz. 

Niemcy z granatami 

Gdy skończył 18 lat, sam poszedł na komisję wojskową. 

– Zważyli mnie, zmierzyli i skierowali do armii – wspomina. Tu zaczęła się kolejna podróż pana Grzegorza: z Tomska pociągiem do Moskwy, stamtąd do Charkowa, później do miejscowości Sumy, tam trafił do koszar. – Mycie, strzyżenie, odwszawianie, a później ćwiczenia, ćwiczenia i ćwiczenia. Trafiłem do samodzielnego batalionu szkolnego 4. Dywizji Piechoty. Żarcie paskudne. Na kolację chleb i kawa. Na obiad berbelucha z koncentratu pomidorowego i kasza jaglana. Byli tacy, co po tygodniach ćwiczeń mówili, że woleliby wyrok śmierci – wspomina.

Później przerzucono ich do Lublina. 

– Witano nas tam kwiatami – wspomina. Pan Grzegorz trafił do kompanii honorowej. – Pewnego dnia wywieźli nas w pole i wystroili. Patrzymy, a tam kukuruźnik leci. Wylądował. Wysiada Chruszczow i mówi: – Czołem żołnierze! – opowiada G. Sajewicz. 

Po egzaminach pan Grzegorz został dowódcą drużyny w 10. Pułku Piechoty. Wspomina okopy na warszawskiej Pradze i zniszczoną stolicę. To tam został zastępcą dowódcy plutonu w kompanii specjalnej. 

– W kompanii było 280 osób – wspomina. Z Warszawy ruszyli na Bydgoszcz, a później na Wał Pomorski, gdzie wyzwalano Kołobrzeg. – Trzeba było uważać na bunkry niemieckie. Pamiętam dwóch Niemców, którzy uciekali drogą, krzyknąłem do nich „hande hoch!”. Zatrzymali się. Obracają się do mnie. Ja patrzę, a oni za granaty sięgają, to ja ich ciach, ciach położyłem – opowiada weteran. 

Pan Bóg kule nosił 

Dobrze pamięta wyzwalanie Kołobrzegu. 

– Niemcy byli dobrze okopani. Który z nas wychylił głowę, to dostawał kulę w łeb. Tam był trup na trupie. Człowiek strzelał pan Bóg kule nosił. Kto miał przeżyć ten przeżył. Nie było rady trzeba było chować się za czołgiem i atakować – mówi. 

Po odbiciu miasta poszli na plażę. 

– We mgle widziałem 3 statki niemieckie, które odpływały. Powiedziałem kolegom chodźmy stąd, bo jeszcze na pożegnanie odpalą. I tak się stało. Ledwie odeszliśmy, a na plażę spadły pociski. Jak byśmy zostali to już byśmy nie żyli – mówi weteran. Wylicza, że po Kołobrzegu z 280 osób zostało 40. Wcielono ich do 10 pułku. – Nikt się nie interesował co mi obiecano w Warszawie, że miały być awanse, odznaczenia i urlopy – mówi. Dotarł aż do Berlina. – Tam ogłoszono koniec wojny – mówi. W walkach dostał odłamkiem i musiano mu amputować palce u prawej dłoni, bo wdała się gangrena.  

– Jak to możliwe, że po ponad 80 latach pamięta pan te wszystkie szczegóły? – dopytujemy. 

– To są zdarzenia, które zostają w głowie na całe życie. Aż do grobu – odpowiada ze łzami w oczach G. Sajewicz. 

List od premiera 

Po wojnie odszedł z wojska i osiadł w Kotlinie Kłodzkiej, w Szalejewie Dolnym. Jeździł do Warszawy, handlował papierosami, prowadził restaurację. W latach 50-tych pojechał do Poznania, gdzie szkolił się na wydziale radiotechnicznym. Został kierownikiem radiowęzła do Nowej Soli. Potem kierował tu telekomunikacją. Przez brata, który mieszkał w Niemczech trafił jednak na radar SB. – Nawiązaliśmy kontakt dopiero na początku lat 70. SB zaczęło o niego pytać. Zaczęło się prześladowanie, ograniczyli mnie w biurze – mówi 100-latek. 

– Moskale prześladowali. Komuna prześladowała. Wspaniała nasza demokracja prześladowała też. Mówili o nas „zbrodniarze”, że „sybirak z łagru wyrwał się i stworzyli jakieś wojsko”, że nie zasłużyliśmy „na historię oręża polskiego” – denerwuje się pan Grzegorz. 

W rodzinnym domu syn pana Grzegorza wykonał tablicę pamiątkową, w której umieścił wszystkie odznaczenia ojca. W sumie to 44 medale. W archiwum rodzinnym jest też list od premiera Mateusza Morawickiego z 2023 roku. Premier przyznał rentę specjalną 1,5 tys. zł, ale dla pana Grzegorza to nie pieniądze były najważniejsze, ale słowa: „Położył Pan na szali własne życie, zdrowie, własną rodzinę i przyszłość, abyśmy dziś mogli żyć w wolnym i suwerennym kraju. Nasze wspólne państwo, wolne i solidarne, będzie na zawsze Panu wdzięczne” – brzmi fragment listu. 

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz