Strona główna » Pani Henryka już nie zaśpiewa

Pani Henryka już nie zaśpiewa

przez imperia

Trafiła do szpitala, bo się mocno przeziębiła. Nie przypuszczała, że już nie wróci do domu. Zmarła Henryka Tybiszewska z Żar (†77 l.). Tęskni za nią cały Uniwersytet Trzeciego Wieku i chór Żaranie.
Gdy szła do szpitala w piątek, 4.11., nie spodziewali się, że wkrótce przyjdzie najgorsze.
– Żona mocno się przeziębiła. Dlatego musiała się położyć do szpitala. Gdy rozmawiałem z nią w sobotę, mówiła, że czuje się gorzej, ale za to cieszyła się, że ma lepszy apetyt. Prosiła, żeby przynieść jej wodę mineralną – mówi Włodzimierz Tybiszewski (82 l.), mąż pani Henryki.
  Rozmawiali w niedzielę. – Mniej więcej na godzinę przed śmiercią. Zadzwoniła do mnie jakaś kobieta. I przekazała słuchawkę Heni. Ale ona chyba była już nie za bardzo przytomna. Powiedziała najpierw, że mam nie przychodzić. A potem żebym jej przyniósł dużo białych ręczników – wspomina mąż.
Pojechał do szpitala. – Zobaczyłem, jak wiozą ją na wózku, podają tlen. Powiedzieli, że jadą na OIOM. Czekałem na korytarzu. Po jakimś czasie wyszedł do mnie lekarz, powiedział, co się stało i złożył kondolencje. Lekarze stwierdzili, że zmarła wskutek zatrzymania krążenia. Ja tylko poprosiłem, żebym mógł ją zobaczyć. Jedyne pocieszenie dla mnie, to że się nie męczyła – mówi.
 
Skowronki tak śpiewały
Śpiew był całym jej życiem – tak o Henryce Tybiszewskiej z Żar mówią jej bliscy oraz grono przyjaciół z chóru Żaranie.
– Miała chory kręgosłup. Od kilku tygodni miała z tego powodu wielkie kłopoty z chodzeniem. I choć nie była w stanie występować na stojąco, to żadnej z prób, kiedy można było posiedzieć, porozmawiać z koleżankami, nie opuściła – mówimąż pani Henryki.
Pani Henryka była rodowitą lwowianką.
– Jej rodzina w 1946 roku usłyszała, że ma się wynosić albo podpisać papiery, że staną się Rosjanami. Było to w chwili, gdy po latach wyrzeczeń właśnie spłacili mały domek, który kupili we Lwowie – opowiada pan Włodzimierz.
Przyjechali do Żar. H. Tybiszewska tu kończyła szkoły. – I od początku udzielała się w śpiewie. Można powiedzieć, że śpiewała od zawsze – wspomina mąż.
Potem była praca w żarskiej „Bawełnie”. Poznali się, gdy po powrocie z wojska zatrudnił się tam pan Włodzimierz. Oboje pracowali w administracji.
– Najpierw wyliczała płace, potem była zastępcą kierownika działu socjalnego – opowiada mąż. Na początku byli zwykłymi znajomymi z pracy. – Miałem inną dziewczynę, ale umarła. Pod koniec 1957 roku pomyśleliśmy, że może by coś z tej naszej znajomości mogło być. Można powiedzieć, że skowronki tak śpiewały – na to wspomnienie pan Włodzimierz lekko się uśmiecha.
Pobrali się w lipcu 1959 roku. – Wcześniej, tak gdzieś przed świętami wielkanocnymi, zapytałem ją, czy by mnie zechciała na męża. Wtedy nie było takiego ceremoniału, z pierścionkiem, jak teraz. Gdy powiedziała, że tak, wybrałem się do jej rodziców. Przeczuwali, z czym przychodzę. Teść od razu flaszkę odkorkował – wspomina W. Tybiszewski. Po ślubie zamieszkali z rodzicami pani Henryki.
 
57 lat razem
– Można powiedzieć, że się uzupełnialiśmy. Ja zawsze raczej spokojny, domator, a Henia taki niespokojny duch, czasem nerwowa, ale zawsze wszystko dobrze nam się układało – opowiada pan Włodzimierz. 
Przeżyli razem ponad 57 lat. – Myślałem, że do 60. jubileuszu dożyjemy. Szczerze mówiąc, bardziej się o siebie bałem. Że nie dam rady. A tu ona odeszła… – mówi cicho mąż. Już zaczynali planować święta Bożego Narodzenia, które niezmiennie spędzali razem, w domu. – We wrześniu Henia przeszła operację usunięcia zaćmy. Tak się wtedy cieszyła. Że świat się na nowo stał kolorowy, jak dawniej – przeciera oczy pan Włodzimierz. Ciągle jednak dokuczał jej kręgosłup. – W grudniu miała rozpocząć rehabilitację. A teraz…
Najszczęśliwsze chwile w ich życiu, to czas gdy rodził się syn, a potem wnuki i prawnuk.
– Nasz syn Maciej urodził się w 1960 roku. Po bożemu – podkreśla W. Tybiszewski. Gdy dorósł, ożenił się z Wiolettą. Potem pojawiły się dzieci. – Najpierw wnuk, w 1984 roku. i wnuczka, w 1987 roku. Miesiąc temu na świat przyszedł nasz prawnuczek, Kuba. To dopiero była radość! – podkreśla. I wspomina, że właśnie radość żona starała się pokazywać jak najczęściej. – Nieraz chciała mnie tak trochę „oszukać”, żebym nie widział, że cierpi, gdy ledwo wstawała z łóżka. Zawsze, nawet gdy bardzo bolało, na jej twarzy był uśmiech – dodaje. Problemy ze zdrowiem były. – Bo poza tym kręgosłupem była też cukrzyca. Przed wieloma laty miała raka. Po operacji i naświetlaniach, w 1984 roku przeszła na rentę. Pokonała wtedy ciężką chorobę – mówi W. Tybiszewski.
Teraz pan Włodzimierz został sam w domu. – Wszystko miało być jak zawsze od lat. Święta też. A teraz trudno mi je sobie wyobrazić – kończy W. Tybiszewski.
 

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz