„Śpioch”, seryjny żarski włamywacz, przez 10 lat posiedzi za kratami, ale ludzie, których okradał, do dziś nie mogą spokojnie spać.
Drżeli ze strachu jeszcze długo po tym, jak w lutym zeszłego roku policja zatrzymała Jarosława A. na gorącym uczynku. Wdzierał się do domów przez uchylone okna, wyłamywał drzwi balkonowe i plądrował mieszkania, gdy ich właściciele smacznie spali. Kradł drobne, ale cenne przedmioty, pieniądze, karty płatnicze, biżuterię, aparaty, telefony komórkowe. Unikał konfrontacji z właścicielami. Jarosław A. jest dobrze znany żarskiej policji, był wielokrotnie karany za włamania. Sąd skazywał go na rok, czasem trzy, po czym rabuś wychodził na wolność i dalej kradł. W zakładach karnych spędził 14 lat. Pierwszy raz trafił za kraty za kradzież z włamaniem w wieku 19 lat. Ostatni wyrok skończył odsiadywać w 2009 r. Po pierwszej serii kradzieży w 2009 r., policjanci badający sprawę wykluczyli go z grona podejrzanych, sądząc, że recydywista nie wróci na przestępczą ścieżkę. Jarosław A. wykorzystał ich naiwność. Dla zmylenia mundurowych, do każdego włamania zmieniał buty. Zaczajał się na osiedlach w okolicy starego lotniska, stadionu Syrena czy ul. Poznańskiej. Nie gardził też centrum miasta, plądrował mieszkania w blokach na dużych osiedlach.
Selekcjoner
By włamać się do mieszkania Andrzeja i Małgorzaty Łagodów z al. Wojska Polskiego, wykorzystał ich kilkudniową nieobecność. Dobrze pamiętają 7 września zeszłego roku, gdy późnym wieczorem wrócili do domu po wyjeździe na wesele. Już na podwórzu zauważyli, że jedno ze skrzydeł okna w kuchni było otwarte.
– Od razu wiedziałam, że coś się stało – opowiada pani Małgorzata. – W kuchni znalazłam rozbity wazon z kwiatami, a na podłodze pełno śladów butów. Dokładnie było widać, gdzie zaglądał. Przejrzał wszystkie półki w sypialni i szkatułki z biżuterią w salonie. Selekcjonował kradzione przedmioty – zaznacza okradziona kobieta. – Nie wziął kolczyka, bo brakowało drugiego do pary. Ale znalazł 1000 zł schowane w szufladzie. Musiał wiedzieć, że nikogo nie ma w domu i gdzie szukać cennych przedmiotów.
Pani Małgorza przypomina sobie, jak kilka dni przed włamaniem w domofonie usłyszała męski głos. Nieznajomy pytał, w którym zakładzie szyła roletki na okna. Zapewnił, że oglądał je z ulicy i zrobiły na nim wrażenie. Teraz nie ma wątpliwości, że perfidny złodziej od dłuższego czasu obserwował ich mieszkanie.
Długo po kradzieży czuła się zagrożona we własnym domu, wciąż oglądała się za siebie. Wracając ze strychu, sprawdzała po kolei wszystkie pomieszczenia, czy przypadkiem w którymś nie ukrył się złodziej. Do dziś nie zapomina o zamknięciu okien na noc, choćby na dworze był 30-stopniowy upał. Nawet wychodząc po drobne zakupy do osiedlowego sklepiku, upewnia się, czy wszystko pozamykała. Oboje z mężem z przerażeniem słuchali w sądzie relacji innych okradzionych osób. Utkwiła im w pamięci jedna ze scen. Gdy mały chłopiec, wieczorem, siedząc przy komputerze, zobaczył w ekranie odbicie twarzy włamywacza. Był wtedy sam w domu. Mały do dziś budzi się z płaczem.
Koszmary o czwartej nad ranem
Grażyna Jasińska, kierowniczka Urzędu Stanu Cywilnego w Żarach, słyszała, jak włamywacz, spłoszony uruchomionym alarmem, ucieka z piwnicy jej domu. To było w maju, dwa lata temu. Została akurat sama w domu, bo mąż wyjechał w delegację. Dokładnie pamięta, jak obudziło ją wycie alarmu. Spojrzała na zegarek, było pięć po czwartej.
– Zaspana zeszłam z sypialni na piętrze na dół i już chciałam wejść do piwnicy. Zdecydowałam się zadzwonić do firmy ochroniarskiej, by nie przyjeżdżali, bo nic się nie stało, ale patrol był już w drodze – przypomina sobie. – Zakazali mi wychodzić z domu, a pracownik ochrony zabronił mi zaglądać do piwnicy, gdzie włączyły się czujki. Wtedy zaczęłam się bać.
Ciekawość zwyciężyła. Gdy ochroniarze obchodzili dom, pani Grażyna zajrzała do piwnicy. Słyszała, jak złodziej klnie, próbując się wygramolić spomiędzy kartonów poukładanych przy okienku w piwnicy. W końcu się wydostał. Ochroniarze ruszyli w pościg, ale złodziejowi udało się zbiec. Od tamtej pory na równe nogi stawia ją najdrobniejsze stuknięcie. Śpi jak zając pod miedzą. – Przez ponad rok codziennie budziłam się dokładnie o 4.05, jak na komendę, ale nie powiedziałam tego w sądzie, by nie dać mu satysfakcji. Najbardziej drażni mnie, że ktoś naruszył moją prywatność, mój domowy mir, odarł mnie z poczucia bezpieczeństwa – zwierza się.
Zainstalował alarm
Śpioch okazał się sprytniejszy niż Waldemar Sajnaj, który przez lata strzegł bezpieczeństwa finansów Urzędu Miejskiego w Żarach. Nauczony złym doświadczeniem, już po włamaniu, zdecydował się na instalację systemu alarmowego. Jego żona jeszcze długo oglądała się za siebie i bała się zostawać sama w domu.
– To był spory wydatek – mówi W. Sajnaj – ale nie miałem wyjścia. Minęło sporo czasu, ale nawet teraz, gdy idziemy na górę do sypialni, włączamy alarm na parterze domu. Najgorsze jest to, że człowiek śpi na górze, a na dole grasuje złodziej. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby przyszło spotkać się z takim oko w oko. Jak by zareagował? Czy nie wyciągnąłby noża z kieszeni?
Rabuś nauczył ich jednego – szczelnego zamykania i sprawdzania wszystkich okien, nawet gdy wybierają się na niewielkie zakupy. Wcześniej żyli w przeświadczeniu, że mieszkają w spokojnej dzielnicy. „Śpioch” pozbawił ich poczucia bezpieczeństwa.
– Mam tylko nadzieję, że za 10 lat, gdy ten bandyta opuści więzienie, nie będzie już tak sprawny, by skakać po balkonach – mówi W. Sajnaj.
Na liście ofiar „Śpiocha” jest żarski adwokat, radny, kilku znanych przedsiębiorców. 27 osobom, które złożyły do sądu wnioski o zadośćuczynienie, złodziej ma zapłacić od 50 zł do blisko 15 tys. zł, w sumie ok. 100 tys. zł.


