Sobotnie popołudnie. Ostatnia kolejka zielonogórskiej klasy okręgowej. Pełne trybuny, sektor C w gotowości bojowej, kibice z Ochli też zameldowali się w Żarach, a nad stadionem wisiało takie napięcie, że energetycy mogli profilaktycznie sprawdzić transformatory w okolicy.
Wszystko było jasne. Promień potrzebował punktu do awansu. Zorza Ochla musiała wygrać. Matematyka była bezlitosna, więc większość spodziewała się jednego. Gospodarze ustawią autobus przed własną bramką, wyrzucą kluczyki w krzaki i przez 90 minut będą pilnować remisu.
Problem polegał na tym, że piłkarze Promienia najwyraźniej nie dostali tej instrukcji.
Mieli się bronić. Zaczęli atakować
Od pierwszych minut wszystko wyglądało odwrotnie niż powinno. To nie Ochla rzuciła się do szturmu. To Promień częściej meldował się pod bramką rywali. To żaranie prowadzili grę, częściej byli przy piłce i sprawiali wrażenie drużyny, której do szczęścia potrzebne są trzy punkty, a nie jeden.
Goście? Owszem, mieli poprzeczkę po rzucie wolnym. Poza tym przez sporą część pierwszej połowy bardziej przypominali zespół pilnujący korzystnego wyniku niż drużynę, która przyjechała do Żar po awans.
Piotr Makowski nie wystawił autobusu. Nawet roweru nie zaparkował. Postawił na ofensywę i przez 45 minut wyglądało na to, że jego plan działa.
Kiedy zrobiło się gorąco, zrobiło się jeszcze goręcej
Gdy wszystko zaczęło wyglądać całkiem sensownie. okazało się, że dramaturgię można jeszcze podkręcić. W 45 minucie Jakub Femlak obejrzał drugą żółtą kartkę, w konsekwencji czerwoną i Promień został w dziesiątkę.
To był moment, w którym kibice gospodarzy zaczęli nerwowo spoglądać nie tylko na boisko, ale i w niebo jakby szukając inspiracji, ale z góry lał się tylko deszcz.
A Zorza poczuła, że los właśnie uchylił jej drzwi do IV ligi. Tylko że Promień najwyraźniej nie zamierzał ich otworzyć do końca i ewidentnie chciał gościom przytrzasnąć paluszki.
Mimo gry w osłabieniu gospodarze nadal walczyli o każdy metr boiska. Marcel Sadowski dwoił się i troił między słupkami, a jego koledzy skutecznie przeszkadzali rywalom w realizacji planu pod nazwą „strzelić choć jednego gola”.
Dziewięciu przeciwko jedenastu
Potem przyszła akcja, po której niektórzy zaczęli sprawdzać baterie w rozrusznikach serca..
Po szybkiej akcji Zorzy sam na sam z bramkarzem wychodził napastnik gości. Jakub Skiba ruszył za nim w pogoń i zrobił to, co w takiej sytuacji robi większość obrońców, którzy wolą ratować drużynę niż statystyki fair play.
Faul. Czerwona kartka i Promień został w dziewięciu.
W tym momencie wydawało się, że jeśli Ochla nie wykorzysta takiej przewagi, to długo nie dostanie podobnej szansy. Już od początku drugiej odsłony mieli łatwiej, a teraz dostali całą furę szczęścia. Do tego doszła bardzo kontrowersyjna sytuacja. Po rzucie wolnym podyktowanym dla Zorzy piłka odbiła się od poprzeczki i spadła na linię bramkową, Zawodnicy z Ochli uznali, że była bramka i zaczęli protestować, ale sędzia Waldemar Socha stwierdził, że on widział lepiej i bramki nie uznał, odgwizdując faul na bramkarzu Marcelu Sadowskim.
A jednak to Promień był bliżej
Im bardziej goście naciskali, tym bardziej gospodarze zaciskali zęby.
Murawa po kolejnej ulewie bardziej przypominała pole doświadczalne dla producentów kaloszy niż boisko piłkarskie, ale żaranie dalej walczyli.
I wtedy, na trzy minuty przed końcem, gospodarze mogli zadać cios ostateczny. Adam Durys wyszedł sam na sam z bramkarzem, minął go i oddał strzał. Piłka trafiła w słupek. Stadion na chwilę zamarł, bo nagle okazało się, że drużyna grająca w dziewięciu może nie tylko obronić awans. Może jeszcze wygrać mecz.
Najdłuższe pięć minut sezonu
Obie drużyny słaniały się już na nogach, bo nie da się ukryć, że piłkarze zostawili na boisku wszystko. Siły, honor i ambicję. Wtedy sędzia doliczył pięć minut. Pięć zwykłych minut. Tyle że dla Promienia trwały one mniej więcej tyle, co listopad.
Kiedy wybrzmiał ostatni gwizdek, nikt nie pytał o styl. Nikt nie zastanawiał się nad statystykami posiadania piłki czy liczbą podań.
Liczył się tylko jeden fakt.
Promień wywalczył awans do IV ligi.
A chwilę później z Krosna Odrzańskiego dotarła jeszcze lepsza wiadomość. Korona Kożuchów przegrała swój mecz. I tak drużyna, której przed ostatnią kolejką do szczęścia miał wystarczyć remis, zakończyła sezon nie tylko z awansem, ale również na pierwszym miejscu w tabeli.
Nie zawsze futbol jest piękną grą.
Tego dnia był po prostu pięknie przewrotny.







































































































































































