Strona główna » Mario spełnił marzenie

Mario spełnił marzenie

przez imperia

Mariusz Ratajczak, mecenas z Nowej Soli, zrobił rzecz niemożliwą. Przebiegł siedem największych maratonów na świecie!
Już same pokonanie 42 km to wysiłek nadludzki. Ale przebiegnięcie siedmiu największych i najbardziej obleganych maratonów na świecie to niemal rzecz karkołomna. Mariuszowi Ratajczakowi właśnie się to udało. Nie jest lekkoatletą, ale prawnikiem, który pewnego dnia po prostu zaczął biegać i postawił sobie za cel ukończenie cyklu Abbott World Marathon Majors. Żeby poszczycić się tym osiągnięciem, trzeba przebiec maraton w Tokio, Bostonie, Londynie, Berlinie, Chicago, Nowym Jorku, a także w Sydney. Mario właśnie zaliczył ostatni z tej listy, czyli Boston. 
– Marzenie spełnione i zadanie wykonane – mówi nowosolanin. 

Maraton z wielkimi tradycjami
M. Ratajczak mówi, że żeby pobiec w którymś z tych maratonów, trzeba mieć sporo szczęścia. 

– Organizatorzy mają zwykle kilkadziesiąt tysięcy miejsc, a chętnych jest kilkaset tysięcy. Jest losowanie i jak ci się poszczęści, to biegniesz, a jak nie, to musisz czekać na kolejny maraton – mówi adwokat. Na maraton w Bostonie próbował się dostać trzy lata. Wreszcie w tym roku trafił na listę startową. – Boston to szczególny maraton, bo najstarszy na świecie. W tym roku odbywała się 129 edycja tego biegu. To robi wrażenie – mówi M. Ratajczak. – Czuć, że jest to maraton z wielkimi tradycjami. 90 proc. startujących to nie są zawodnicy z przypadku, ale „zawodowi amatorzy” biegania, którzy mają już na swoim koncie niejeden maraton. Wiedzą, jak się zachować podczas biegu, szanują też wysiłek innych. Kiedy trzeba, usuwają im się z drogi, pomagają w momentach kryzysowych. Nikt nie patrzy na kolor skóry, narodowość. Wszyscy są uprzejmi i jest tam poczucie wspólnoty. Dla wielu ludzi udział w tym maratonie to spełnienie marzeń – opowiada mecenas.  [paywall] Był zachwycony organizacją biegu. – Maratończyków na start wiozły słynne żółte szkolne autobusy. Zorganizowano wioskę dla zawodników. Wszystko było doskonale skoordynowane i jednocześnie było widać, że miasto żyło tym wydarzeniem. Nikt nie narzekał, że będzie paraliż na drogach. Wręcz przeciwnie. Podejście do tego maratonu jest takie, że to tradycja, którą trzeba podtrzymywać, ale też sposób, żeby miasto czerpało korzyści materialne. Przecież do miasta przyjechały dziesiątki tysięcy maratończyków z rodzinami. Oni musieli gdzieś spać, jeść, wielu pewnie zostało pozwiedzać. Ja na przykład razem z rodziną wybrałem się na Uniwersytet Harvard i na mecz Red Soxów, czyli bejsbol. Tej mentalności, że wydarzenie to szansa, a nie problem, chyba wciąż nam brakuje w Polsce – mówi M. Ratajczak. 
Mario zatrzymaj się prosimy
Bieg po Bostonie to huśtawka emocjonalna. 
– Przebiegałem obok miejsca, w którym w 2013 roku doszło do zamachu terrorystycznego podczas maratonu. Na 20 kilometrze natomiast ustawiły się panie, które rywalizowała ze sobą w konkursie, która uzbiera najwięcej buziaków od maratończyków. Przez dobre dwieście metrów stały kobiety i zbierały pocałunki. To był bardzo wesoły widok – mówi. – Trasa była szalenie trudna technicznie. Z niekończącymi się podbiegami. Na 32 kilometrze jest słynne „Wzgórze złamanych serc”, gdzie jest się już skrajnie wyczerpanym i biegnie się resztkami sił, a trafia się na najtrudniejszy podbieg. Niektórzy w tym miejscu rezygnują. To był moment, w którym moje nogi też krzyczały: „Mario, zatrzymaj się, prosimy”. Ale jak mógłbym zejść z trasy, skoro do celu było tak blisko? – opowiada M. Ratajczak. Przypomnijmy, że tylko Bostonu brakowało mu, żeby zdobyć koronę maratonów świata, o którą walczył przez sześć ostatnich lat. 
Zdradza, że przygotowania trwały pięć miesięcy.
– Biegłem po rezerwacie „Bukowa góra” w Bobrownikach, byłem więc dobrze przygotowany na to, co będzie mnie czekać – mówi.
Odwiesza buty?
Mimo że M. Ratajczak zdobył świętego graala maratończyków, to nie zamierza kończyć z bieganiem.
– Nie odwieszam jeszcze butów na kołek. Nigdzie nie przeżyłem takich emocji, jak w momencie, gdy biegnie się ostatni kilometr i wpada na metę. Tego uczucia nawet nie ma do czego porównać. To są takie emocje, że chce się je kolejny raz przeżyć. Myślę, że w przyszłości będę miał jeszcze okazję się czymś pochwalić – zapowiada M. Ratajczak.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz