Ryszard Stankowski (57 l.) z Żagania zaczął malować sześć lat temu. Z początku były to pejzaże i konie, z czasem pokochał malować kobiety.
Malarz – samouk przyznaje, że swoją pasję odkrył przez przypadek.
– Dawno temu, w podstawówce, lubiłem szkicować, ale potem o tym zapomniałem. Sześć lat temu, robiąc porządki, sąsiadka chciała wyrzucić na śmietnik starą sztalugę. Powiedziałem, że ją wezmę. I tak się zaczęło. A że mam dużo wolnego czasu, bo jestem po trzech operacjach kręgosłupa, zacząłem eksperymentować z pędzlem – opowiada pan Ryszard. – Najpierw szkicowałem pejzaże, konie. Potem nanosiłem na nie farbę. Eksperymentowałem, używając wyłącznie wiedzy od „wujka” Google. Najpierw używałem pasteli, potem oleju, a ostatecznie – wygodniejszego od farb olejnych akrylu. Maluję wszystko, co mi się podoba. Otwieram zdjęcia dzieł najsłynniejszych artystów w komputerze, po czym staram się wiernie oddać ich obrazy. Zarówno ambitniejsze tematy, jak „Mona Lisa” Leonarda da Vinci czy „Łowienie żab” Williama Adolphe`a Bouguereau, jak i pejzaże, konie czy latarnie morskie. Najbardziej lubię wzorować się na wielkich dawnych mistrzach – przyznaje. I zdradza: – Gdy żonie któryś obraz przypadnie do gustu, zabiera go do naszej sypialni. Przy swojej poduszce powiesiła aniołka, dzięki czemu zawsze wstaje pełna energii i optymizmu. Niektóre obrazy zajmują mi miesiąc, niektóre – dwa dni. „Mona Lisę” poprawiałem chyba z dwadzieścia razy.
Pan Ryszard przyznaje, że malując, relaksuje się, wycisza, zapomina o bólu kręgosłupa.
– Nigdy nie jest za późno na znalezienie pasji, ukrytego talentu, z którym człowiek chodzi przez całe życie i nagle się okazuje, że daje mu to tyle przyjemności – podkreśla R. Stankowski, który w młodości skupiał się na sportowej pasji, czyli grze w siatkówkę w klubach z Żagania i Szczecina. Pochodzący z Jasienia żaganianin przez wiele lat pracował jako operator maszyn włókienniczych, najpierw w Żagańskich Zakładach Przemysłu Wełnianego, a następnie w żarskim Apo-Tessile.
27
Poprzedni artykuł