Strona główna » Lubi ciepłe klimaty

Lubi ciepłe klimaty

przez imperia

Zaczynał od drewnianego kiosku na wsi. Teraz stać go na podróże do najdalszych zakątków świata. – Dom jest po to, żeby w nim spać – śmieje się Jarosław Bartosz (50 l.), opowiadając czytelnikom „GR” o swoich pasjach.
Bartosze to rodowici żaganianie, jednak przygodę z biznesem zaczęli od… drewnianego kiosku w Brzeźnicy. – Przez 11 lat byłem magazynierem w GS. Kiedy przyszedł kapitalizm, nie miałem wątpliwości, że po latach „niedoborów”, wejście w handel będzie strzałem w dziesiątkę – podkreśla J. Bartosz. Później były m.in. składy opału i firma budowlana. – A ostatnio otworzyliśmy pensjonat. Prawdę mówiąc, przez przypadek. Po prostu raz się wkurzyłem, że nawet nie mam gdzie się w okolicy pobawić na sylwestra – mówi z rozbrajającą szczerością.
J. Bartosz na skutek choroby porusza się na wózku inwalidzkim. – Nie przejmuję się tym. Życie jest po to, żeby je przeżyć najlepiej, jak potrafimy. Każdego dnia przynosi nam tyle radości, że nie ma sensu zawracać sobie głowy sprawami, na które nie mamy wpływu – nie traci optymizmu. – Czasami zastanawiam się, co będę robił za 20 lat i naprawdę nie wiem. Rezygnując z fuchy magazyniera, nie przypuszczałem, że zostanę hotelarzem – śmieje się biznesmen.
 
Viva Las Vegas!
J. Bartosz zdradza, że jego największą pasją życiową są podróże. – Ale nie do przereklamowanego Egiptu czy drogich i kiepskich kurortów nad kapryśnym Bałtykiem. Hollywood, Hawana, Miami. To są cudowne miejsca! – zachwyca się przedsiębiorca. – Najbardziej jednak lubię Las Vegas. Można znaleźć tam wszystko: egzotyczne restauracje, piramidy, weneckie gondole czy nawet kopię Wieży Eiffla. A w dodatku świetna pogoda jest tam zawsze murowana – zachwala J. Bartosz. A czy próbował słynnego nocnego życia światowej stolicy hazardu? – Broń Boże! Tylko obserwowałem, jak w kasynach ludzie przegrywają oszczędności życia. Na takie przygody jestem zbyt skąpy – uśmiecha się żaganianin. Był już prawie na wszystkich kontynentach, na odkrycie czeka jeszcze jedynie Australia. – Trochę wydajemy na podróże, ale nie obciążają zanadto naszego budżetu. Zadowalam się standardowymi ofertami, bez ekstrawagancji – zastrzega.
 
Z Żagania do Singapuru
J. Bartosz zdradza, że na początku listopada wraz z żoną Heleną (46 l.) wylatuje na pięć tygodni do Singapuru. – Studiuje tam nasz najmłodszy syn Michał (21 l.). Po drodze zatrzymamy się w hotelu w Dubaju – podkreśla.
 Singapurski student to obiecujący ekonomista. – Najpierw dostał się na duński uniwersytet. Tam postarał się o udział w studenckim projekcie, dzięki któremu teraz trafił do Azji – wyjaśnia J. Bartosz. Podkreśla, że studia za granicą pozwolą Michałowi w pełni wykorzystać talent. – Duńska i singapurska uczelnia przodują w światowych rankingach, czego nie można powiedzieć o naszych. Studenci korzystają z najnowszych nowinek technologicznych, a kadra naukowa to najlepsi specjaliści w swoich dziedzinach – zaznacza biznesmen.
 
Imperium Bartoszy?
– Starsi bracia Michała poszli w moje ślady i powoli przejmują biznes w rodzinnym mieście – zdradza Bartosz. Mateusz (29 l.) pomaga w prowadzeniu hotelu, a Maciek (25 l.) działa w budowlance. – Od zawsze ciągnęło ich do roboty. Nie raz w pocie czoła zasuwali na budowie razem z robotnikami – podkreśla dumny ojciec.
Żartuje, że rodzina ma szansę zbudować w Żaganiu prawdziwe trzypokoleniowe imperium. – Wnuki, Jarek (10 l.) i Marcelinka (4 l.), też interesują się naszą pracą i starają się pomagać, w czym mogą – zapewnia J. Bartosz.
 
Dom? Żeby spać…
Kiedy akurat jest w mieście, to najlepiej szukać go w pensjonacie. – Uważam, że dom jest po to, żeby spać. Nie jestem typem kanapiarza w ciepłych papciach. Zawsze starałem się żyć aktywnie i kolekcjonować wrażenia. Może dlatego, oprócz zdjęć, nigdy nie przywożę z podróży żadnych pamiątek – zastanawia się J. Bartosz. Podkreśla, że z powodu specyficznego trybu życia, nie zdecydował się na trzymanie w domu zwierzaków. – Męczyłyby się zostawiane same w czterech ścianach – nie ma wątpliwości. Ale zaraz dodaje, że cała rodzina uwielbia przyrodę. – Ostatnio syn z wnukiem uratowali bobra, który wpadł do studzienki – podkreśla J. Bartosz.
Jaką mają receptę na sukces w biznesie? – Ciężka praca i robienie wszystkiego po trochę. Jak przychodzi kryzys na budowlankę, to zostaje handel albo gastronomia – wyjaśnia J. Bartosz.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz