Czy pisma obudzą wreszcie decydentów z Warszawy, skoro nie obudził ich wybuch, do którego doszło w 2021 roku? – Jeśli nie, to bomba w Zakęciu znowu wybuchnie! – przestrzega Małgorzata Naumowicz, radna powiatowa. Czy mieszkańcy chwycą za transparenty i zablokują drogę S 3, żeby zmobilizować władze do działania?
Gaz i ropę zaczęto wydobywać w Zakęciu (gmina Otyń) w latach 60. Później działka z górotworem trafiła w ręce prywatne. W użytkowanie wieczyste wzięła ją spółka DPV Service. Właściciele spółki, między innymi ludzie, którzy wcześniej zajmowali kierownicze stanowiska w PGNiG, zwęszyli intratny biznes. Postarali się o wszelkie pozwolenia, między innymi w Urzędzie Wojewódzkim i na szczeblach ministerialnych. Urzędnicy i politycy takie zezwolenia wydali, mimo że w pobliżu są spore zapasy wód podziemnych, są ujęcia wody i liczne miejscowości. W efekcie na początku XXI wieku nowi właściciele działki zaczęli zatłaczać do dziury odpady. Teoretycznie były to wody powstałe w górniczych procesach wydobywczych (odpady płynne z eksploatacji kopalń), zwożone z różnych stron Polski. Mieszkańcy mieli jednak swoje podejrzenia, tym bardziej, że cysterny przyjeżdżały do Zakęcia głównie w nocy. Alarmowali, że to mogą być różnego rodzaju paliwa, oleje, itp., że prawdopodobnie zwożone są z zachodniej Europy. Te alarmy były bagatelizowane.
W międzyczasie właściciele sprzedali spółkę najprawdopodobniej metodą na słupa. Dziś DPV formalnie istnieje, ale jest spółką widmo. Ma siedzibę w samym centrum Warszawy, na ul. Nowogrodzkiej. Prezesem jest niejaki Dmitry Kuznetsov. Ślady wiodą między innymi do Moskwy. A w Zakęciu tyka bomba ekologiczna.
Wybuch otworzy oczy?
Rozbrojenie tej bomby wyceniono na ponad 5 mln zł. To stosunkowo niedużo, szczególnie jeśli zestawi się kwotę z wydatkami, jakie trzeba będzie ponieść, jeśli dojdzie do wybuchu i pożaru. Żeby jednak móc wydać publiczne pieniądze na rozbrojenie bomby, trzeba znieść użytkowanie wieczyste dla terenu, na którym się znajduje.
Właściciele spółki DPV dawno zapadli się pod ziemię, nikt nie odbiera korespondencji, więc urzędy, przynajmniej teoretycznie, mają związane ręce. Żeby je rozwiązać, trzeba powołać kuratora. Poszukiwania prowadzi nadzór górniczy. Podobno szuka i szuka, ale nie może znaleźć chętnego.
Dla Małgorzaty Naumowicz, radnej powiatowej i mieszkanki Zakęcia, szukanie kuratora jest zasłoną dymną. Radna nie może zrozumieć tego absurdu – że mijają kolejne miesiące i lata, bomba w Zakęciu tyka coraz głośniej, a urzędnicy i politycy z samego szczytu, czyli ze szczebli ministerialnych, każą czekać.
– Czy to musi wybuchnąć, żeby się oczy otworzyły? – pyta Naumowicz.
Raz już wybuchło
– Pisaliśmy do nadzoru górniczego. Sprawdzili manometry. Nie ma żadnych zastrzeżeń odnośnie ciśnienia, które jest w tej instalacji – informuje Daniel Zych, naczelnik wydziału ochrony środowiska w nowosolskim Starostwie Powiatowym.
– Jedni fachowcy mówią, że jest spokojnie. Ale przychodzą inni i twierdzą coś zupełnie innego – kontruje Naumowicz. I tłumaczy, że dawniej gaz biegł rurą, którą chroniła kolejna rura. Dziś, z powodu przegnicia, przed wybuchem chroni nas już tylko jedna ściana, a nie dwie, do tego coraz bardziej pokryta rdzą.
– To, co tam jest, to ruina – przestrzega Naumowicz. – To nie jest zabezpieczone. Były prowadzone badania. Przyjechali fachowcy. Ocenili, że stan techniczny tej instalacji jest bardzo zły, że rury są przegniłe i to naprawdę grozi wybuchem – alarmuje radna.
Do pierwszego wybuchu już doszło. Ponad trzy lata temu, w grudniu 2021 roku, w powietrze wyleciała trująca ropopochodna maź.
– Na szczęście to była zima – mówi Naumowicz.
Latem, przy wysokiej temperaturze, doszłoby do samozapłonu i pożaru. Jak wielkiego? Trudno to oszacować. Naumowicz przypomina, że instalacja rozciąga się pod ziemią w promieniu 15 kilometrów. Gdyby doszło do wybuchu i pożaru, konieczna byłaby ewakuacja tysięcy mieszkańców. I nie wiadomo, czy mieliby gdzie wrócić.
W pobliżu, bo raptem dwa kilometry od bomby, znajduje się szpital.
Pisma pomogą? A może protest?
Z dyskusji na temat bomby w Zakęciu, toczonej w miniony poniedziałek, 3.03., w starostwie, wynika, że powiat nie jest stroną w tej sprawie.
– My, jako starostwo, do Zakęcia nie mamy za wiele albo wręcz nic nie możemy zrobić – powiedział starosta Mariusz Stokłosa.
– Działka jest własnością Skarbu Państwa, ale jest w wieczystym użytkowaniu spółki DPV – dodał naczelnik Zych. – Zgodę na prowadzenie tam prac wydawało ministerstwo i nadzór górniczy. Starostwo na żadnym etapie nie brało udziału. Uzgodniono, że nadzór górniczy będzie prowadził postępowanie dotyczące zniesienia użytkowania wieczystego – poinformował naczelnik.
O rozwiązanie użytkowania wieczystego mógłby się starać starosta, a nie nadzór górniczy. Możliwe, że wtedy byłoby większe zaangażowanie, bo nadzór górniczy mieści się w Poznaniu i wiele pracujących tam osób pewnie nawet nie wie, gdzie leży Zakęcie. Do tego, żeby starostwo starało się o zniesienie użytkowania wieczystego, potrzebna jest jednak pozytywna opinia wojewody. Ta wydana w 2021 roku przez ówczesnego wojewodę Władysława Dajczaka (PiS) była negatywna.
Radna Naumowicz poprosiła Stokłosę, żeby chociaż próbował wywierać wpływ na decydentów i w ten sposób zawalczył o przestraszonych mieszkańców Zakęcia i okolic.
– Bo jesteśmy bezsilni – przyznała.
– Możemy kierować kolejne pisma – odpowiedział Stokłosa. – Może któreś z nich obudzi decydentów warszawskich. Skierujemy takie pismo do Ministerstwa Ochrony Środowiska. Możemy też napisać do premiera, jeżeli to ma cokolwiek pomóc – zapowiedział.
– Lepiej zrobić to niż nic – odpowiedziała Naumowicz. I dodała, że przestraszeni mieszkańcy tracą cierpliwość i coraz głośniej mówią o protestach, w tym o zablokowaniu trasy S 3.
17
Poprzedni artykuł