Kiedyś nie było wysięgników, więc strażacy ochotnicy przywiązywali się linami jeden do drugiego i w ten sposób walczyli z ogniem na wysokościach. – Było niebezpiecznie – przyznaje pan Gajdamowicz.
J. Gajdamowicz poprosił kierownika dawnego PGR-u, który działał kiedyś w Solnikach (wieś w gminie Kożuchów), by poświadczył, że w tej wsi działała też kiedyś OSP. Potrzebował tego poświadczenia w związku z ubieganiem się o dodatek do emerytury, który przysługuje byłym druhom. Jak się okazuje, po straży pożarnej w Solnikach nie ma już niemal śladu. Świadkowie, którzy pamiętaliby czasy, gdy zakładano tu OSP, żyją raptem dwaj. To Gajdamowicz i właśnie wspomniany kierownik. Przygotowania do ubiegania się o dodatek skłoniły J. Gajdamowicza do wspomnień.
Mogliśmy zginąć
– Miałem chyba 14 lat, gdy we wsi wybuchł pożar – opowiada. – W Wielkanoc płonął dom sąsiadów. Pobiegłem tam i podglądałem, jak druhowie z naszej OSP, w tym mój starszy brat, walczą z ogniem. Pomagałem zwijać węże – J. Gajdamowicz podkreśla, że chyba właśnie wtedy postanowił wstąpić do OSP, gdy dorośnie. I wstąpił.
Strażakiem ochotnikiem (później komendantem) był nie tylko w Solnikach, ale też w Nowej Soli, w zakładach pracy, w których kolejno był zatrudniony, czyli w Dozamecie i Polmo. Wspomina pożary, te największe, które gasił. – W pobliżu wsi Solniki, w Dziadoszycach, była składnica drewna. Tak wielka, że leżały tam tysiące kubików. I ona się zapaliła. Coś strasznego – wzdycha. Przed oczami ma też pożar w hali Dozametu, nad żeliwiakiem, czyli piecem do wytopu żeliwa. – Płonął dach. Pięciu nas gasiło, powiązanych linami. Koło pieca stała kadź z rozgrzanym żeliwem. Było bardzo niebezpiecznie. Jeden niewłaściwy ruch i mogliśmy zginąć.
Wozem konnym
J. Gajdamowicz spogląda dziś na strażaków ochotników z okolicznych wsi, spogląda na ich mundury, na wozy strażackie, na nowoczesny sprzęt, na łodzie motorowe… – I pomyśleć, że my, w Solnikach, do pożarów jeździliśmy wozem zaprzęgniętym w parę koni – opowiada. – Telefon we wsi były tylko jeden, u komendanta OSP. Na wieść o pożarze biegł do remizy i kręcił korbką. W ten sposób uruchamiał syrenę. Gospodarze biegli wtedy po swoje konie i ten, który przybył pod remizę jako pierwszy, zaprzęgał do wozu i jechał z nami do pożaru jako woźnica.
J. Gajadmowicz pamięta drewniane drabiny, ciężkie, gumowe węże, pamięta, że nie było wysięgników, więc strażacy ochotnicy przywiązywali się linami jeden do drugiego i w ten sposób walczyli z ogniem na wysokościach. – Nie mieliśmy nawet porządnych mundurów, rękawic, butów… – wylicza. – To się zmieniło dopiero z czasem. Organizowaliśmy zabawy, chodziliśmy też po wsi i prosiliśmy o datki. Za zebrane pieniądze kupowaliśmy nowe wyposażenie. Pomagała gmina.
Rolniczą przyczepą
W drugiej połowie lat 70. do remizy w Solnikach zawitała nowoczesność. – Od państwowej straży dostaliśmy przyczepę, rolniczą, taką jak na wykopki, wyposażoną jednak w sprzęt strażacki i ławki – kontynuuje opowieść. – Gdy wybuchał pożar, wskakiwaliśmy na tę przyczepę. Miejscowy PGR wypożyczał nam ciągnik. I pędziliśmy do pożaru – w tym momencie J. Gajdamowicz podkreśla, że oczywiście nie była to taka prędkość, z jaką do pożarów dociera się dzisiaj, ale z pewnością ciągnik był szybszy od koni.
– I taka to historia strażaka wiejskiego – uśmiecha się J. Gajdamowicz. – Wstąpiłem do OSP, bo ja zawsze lubiłem pomagać ludziom i się udzielać – podkreśla.
Warto upamiętnić
Straż w Solnikach przestałą istnieć na przełomie lat 80. i 90. Brakowało chętnych do bycia druhem. Poza tym w okolicznych, większych wioskach ochotnicze straże rozwijały się prężniej. – Jedyna pamiątka, jaka nam została, to dawna remiza – J. Gajdamowicz prowadzi pod niewielki budynek z cegły, z resztkami drewnianej wieżyczki. Dziś stoi na posesji prywatnej, za betonowym płotem. – I pomyśleć, że tyle historii związanych jest z tym miejscem – wzdycha . – Może kiedyś, w przyszłości, uda się postawić tu choćby tabliczkę? Dla upamiętnienia, żeby młodzi wiedzieli.
15
Poprzedni artykuł