Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w siatkówce plażowej to impreza, która od lat cieszy się dużą popularnością. W tym roku zadebiutowała w niej „Gazeta Regionalna”. Nasza redakcja wspierana przez zielonogórską „Gazetę Wyborczą” pojechała do stolicy polskiej plażówki – Starych Jabłonek powalczyć o medale.
Do każdej wielkiej imprezy trzeba się przygotować. Niestety my o tym zapomnieliśmy. My czyli Kosma Zatorski – dziennikarz działu miejskiego „GW” i ja, czyli człowiek od sportu w zielonogórskiej „GR”. Przed turniejem nie zagraliśmy ze sobą nawet jednego seta, ale i tak byliśmy dobrej myśli. Wydawało nam że do starych Jabłonek przyjadą starsi panowie z brzuchami większymi niż nasze i jakoś to będzie. Rzeczywistość okazała się brutalna. Po całkiem przyjemnej podróży pociągiem przez Inowrocław (polecamy przydworcowy kebab) i Ostródę (polecamy przydworcowe hamburgery) dotarliśmy w końcu do celu. Cztery gwiazdki Hotelu Anders, przywitały nas deszczem, ale trzeba przyznać, że samo miejsce zrobiło na nasz wrażenie. Po chwili, nie wiedzieć czemu, do pokoju dostarczono nam zapas kremu z filtrem, który wystarczyłby na całe lato. Niestety wszystkie prognozy mówiły, że przez ten weekend słońce nie wyjdzie nawet na sekundę. Prezent na urodziny siostry miałem zatem z głowy. Na uroczystej kolacji przekonaliśmy się, że na turnieju „panów z brzuszkami” nie ma. Okazało się też, że my młodzi-gniewni znacznie zawyżamy średnią wieku.
Mariusz Wlazły w roli sierotki
Nie zamierzaliśmy jednak składać broni. Po chwili na sali pojawił się nasz późniejszy oprawca. Człowiek, który brutalnym ruchem ręki zasłonił nam drogę do sukcesu. Mariusz Wlazły – kapitan mistrza Polski – PGE Skry Bełchatów – pełnił rolę sierotki Marysi i losował grupy eliminacyjne. Przed tym feralnym losowaniem żałowałem, że „Szampon” nie jest w kadrze, bo to dobry zawodnik. Zaraz po nim, żałowałem, że nie gra w reprezentacji, bo gdyby grał, nie byłoby go w tym miejscu i wtedy pewnie nie byłoby dramatu. A tak, stanęło na tym, że my – debiutanci mieliśmy się zmierzyć z ubiegłorocznym triumfatorem i zdobywcą trzeciego miejsca. Cóż, … życie.
Szczęście było blisko
Turniej rozpoczęliśmy od meczu z brązowymi medalistami Press Ball 2010. Po dwóch setach było 1:1. W tie-breaku włączyliśmy jednak, drugi, trzeci, a nawet piąty bieg i wygraliśmy 15:3. Niestety później nie było już tak dobrze. W spotkaniu z triumfatorami z ubiegłego roku – drużyną portalu e-Brodnica nie mieliśmy szans i przegraliśmy 0:2. O naszym awansie do ćwierćfinału miał zadecydować mecz z reprezentacją AZS-u Olsztyn. Szczęście było blisko, ale niestety ostatnia piłka nieszczęśliwie spadła po naszej stronie i straciliśmy szanse na ćwierćfinał. Na otarcie łez pokonaliśmy jeszcze królów mazurskich dyskotek z redakcji Pulsu Biznesu i mogliśmy się pakować.
Szczęście siedzi okrakiem na siatce
– Po turnieju pozostał spory niedosyt. Choć jechaliśmy się dobrze bawić, to efektowne zwycięstwo z ubiegłorocznymi brązowymi medalistami nieco rozochociło nasze ambicje. Zapragnęliśmy medali. W decydującym meczu o awansie do finałowej ósemki mieliśmy nawet dwa meczbole. Niestety w decydujących piłkach zabrakło nam nieco siatkarskiego farta. Mówi się, że szczęście siedzi okrakiem na siatce. I rzeczywiście tak było. Gdy nasi przeciwnicy z Olsztyna serwowali ostatnią piłkę, ta nieszczęśliwie zatrzymała się na siatce. I spadła na naszą stronę. Na pocieszenie pozostał nam fakt, że byliśmy od rywali nieco przystojniejsi. Za rok wracamy z medalami! – komentował cały turniej mój boiskowy partner, Kosma Zatorski.
Niech żyje PKP
Mistrzami Polski dziennikarzy zostali nasi koledzy z Expressu Płockiego, którzy finale imprezy pokonali portal eBrodnica. Trzecie miejsce wywalczyli reprezentanci – siatki.org. Nas sklasyfikowano na miejscach 9-12. Niedosyt pozostał, ale wiemy nad czym musimy pracować. Za rok będzie lepiej. Na koniec mamy jeszcze jedną refleksję. Nie wiemy dlaczego wszyscy narzekają na PKP. Spędziliśmy w pociągu w sumie 15 godzin i było całkiem przyjemnie (pozdrowienia dla studentek z Poznania i Iławy).
Sławomir Janusz
28
Poprzedni artykuł