Strona główna » Edward Zwolski pokonałraka i został mistrzem świata

Edward Zwolski pokonałraka i został mistrzem świata

przez imperia

Dziś Edward i Irena Zwolscy z Nowego Miasteczka przekonani są o tym, że takie a nie inne podejście do poważnej choroby pomogło w jej zwalczaniu. Są również przekonani, że takie podejście wynikało z faktu, że pan Edward od przeszło 20 lat czynnie uprawia sport. Jest lekkoatletą-weteranem. Startuje w wieloboju rzutowym. Mierzy się z najlepszymi na czempionatach kraju, kontynentu i świata. Z sukcesami!
Pani Irena, o której pan Edward, czyli mąż, mówi z czułością „moja Dżulia”, pamięta dzień, kiedy przyszła diagnoza, ta najgorsza z możliwych. – To było w Walentynki – wspomina.
Pan Edward pamięta, że wcześniej wymacał w pachwinie trzy guzy wielkości niedużych kamyków. – Pojechaliśmy do lekarza – opowiada. – Do jednego, drugiego, trzeciego…

Koci pazur? 
Lekarze pierwszego kontaktu nie potrafili określić, co dolega panu Edwardowi. „Czy mają państwo w domu koty?” – zapytał jeden z lekarzy [paywall]. „Mamy” – usłyszał. „Czy kot pana drapnął?” – zapytał wtedy. Gdy również tym razem odpowiedź była twierdząca, to lekarz powiedział, że w takim razie może to być choroba odzwierzęca, tak zwana choroba kociego pazura.
Podobnych diagnoz, błędnych, było więcej. Pan Edward zrobił mnóstwo badań wykluczających kolejne choroby. W tym czasie guzy rozrosły się do kilku centymetrów. Dopiero po piątym prześwietleniu trafili do lekarza, który powiedział, że natychmiast trzeba jechać do onkologa. Diagnoza brzmiała: „chłoniak węzłów chłonnych, agresywny, bardzo złośliwy”.
Rodzina się załamała 
„Co teraz będzie?” – martwiła się żona, ale przy panu Edwardzie nie dawała po sobie poznać, że się martwi. 
„Jak to możliwe?” – pytali znajomi. „Edek, ty!? Taki okaz zdrowia, sportowiec i zachorowałeś na raka?”.
– Nie miałem żałości do losu, że akurat mnie to dotknęło – opowiada pand Edward, 66-latek z Nowego Miasteczka. I wzrusza dziś ramionami. Choć przecież wtedy, rok temu, cierpiał po każdej chemii. Bywał tak osłabiony, że nie potrafił wejść bez zadyszki po kilku stopniach schodów. – Najbliżsi się martwili, a ja w ogóle tego nie przeżywałem. Chorobę traktowałem jak katar.
Znajomi taką postawą byli zszokowani. „Jak to możliwe? Zachorował na raka i się nie załamał?” – pytali jeden drugiego.
– Sam byłem zaskoczony, że tak do tego podchodzę, że jak przyjdzie mi umrzeć, to trudno, los tak chciał. Oczywiście, że wcześniej, chyba jak każdy, od czasu do czasu zastanawiałem się nad tym, co by było, gdybym zachorował na raka. Dopuszczałem do siebie tę myśl, że być może umrę. I wtedy powtarzałem sobie, że przecież już swoje przeżyłem, że jestem spełnionym człowiekiem, mam żonę, dzieci, wnuki i sukcesy w sporcie. Co nie oznacza, że nie chciałem tej choroby pokonać.

Pomógł sport 
Dziś zarówno pan Edward jak i pani Irena przekonani są o tym, że takie a nie inne podejście do poważnej choroby pomogło w jej zwalczaniu. Są również przekonani, że takie podejście wynikało z faktu, że pan Edward od przeszło 20 lat czynnie uprawia sport. Jest lekkoatletą-weteranem. Startuje w wieloboju rzutowym. Mierzy się z najlepszymi na czempionatach kraju, kontynentu i świata. Z sukcesami!
– Sport uczy człowieka pokory, wytrwałości, walki z przeciwnościami – przyznaje pan Edward. – Owszem, sukcesy są wspaniałe, ale sport wiąże się też z porażkami, po których trzeba umieć się podnieść. To wyrzeczenia, to przekraczanie własnych granic. Tak, jestem przekonany, że sport pomógł mi podejść do mojej choroby w taki, a nie inny sposób i pomógł mi ją pokonać – powtarza.
– Psychicznie mąż nastawiony był tak, że to się na pewno wyleczy – potwierdza pani Irena. W walce z chorobą bez wątpienia pomagało to, jak pani Irena gotuje. Zwolscy jedzą przede wszystkim zdrowo. – Gdy drastycznie spadał mężowi poziom szpiku, to karmiłam go melonami. Wyniki się poprawiły. Tak dobre nie były nawet przed chorobą!
Błagał, żebym go puściła
Mimo poważnej choroby, mimo przyjęcia pierwszej dawki chemii, pan Edward pojechał na mistrzostwa Polski. – Błagał, żebym go puściła, więc co miałam zrobić? – pyta pani Irena. Wtedy, na tych mistrzostwach, wywalczył dwa medale. – Sam nie wiem jak tego dokonałem – przyznaje po roku. – Czułem ogromne zmęczenie, ale też radość, że wystartowałem – mówi.

– To jest właśnie pasja, mózg się potrafi przestawić – wtrąca pani Irena.
Kolejne starty i treningi odłożył jednak na bok, gdy usłyszał w klinice, od lekarza prowadzącego, że taki start był szaleństwem, że chemioterapia nie tylko zabija komórki rakowe, ale też sieje w człowieku spustoszenie. Nawet najmniejszy uraz, o który w takim stanie nietrudno, mógł skończyć się dla pana Edwarda tragicznie.
– Na start pozwoliłam ten jeden jedyny raz – zarzeka się żona. – Później miałam wyrzuty sumienia.
Zdobył złoto!
Leczenie trwało ponad pół roku. Guzy zniknęły. A pan Edward w listopadzie wrócił do treningów. Po kilku miesiącach wystartował w mistrzostwach świata, w swojej koronnej konkurencji, czyli w wieloboju rzutowym. Ta konkurencja spośród wszystkich rzutowych jest najbardziej wymagająca. Zawodnicy spędzają na stadionie niemal cały dzień. Rzucają oszczepem, młotem, dyskiem, kulą i ciężarkiem. I pan Edward, który niedawno wygrał z rakiem, pokonał wszystkich rywali! Zdobył złoto!

Dziś przekonuje, że sport to zdrowie, że nie warto leżeć z pilotem na kanapie i spędzać w ten sposób życia, że lepiej się ruszać.
– My tańczymy po śniadaniu, po obiedzie, po kolacji, my cały czas się ruszamy – zaznacza pani Irena.
– Mój tato tak miał, że najchętniej leżał na kanapie z pilotem – wspomina pan Edward. – Na stare lata powiedział, że nie będzie się ruszał, że nie będzie ćwiczył, że woli umrzeć. I umarł. 

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz