Lidia Pstrucha, dyrektorka przedszkola w Siedlisku: – Po cichu liczyłam, że może ten duszek mógłby stać się gminną maskotką, albo gminnym breloczkiem. Ale nic takiego się nie wydarzyło…
Lidia Pstrucha: – Jestem zbieraczem skarbów, czyli starych pamiątek, które mówią coś o dawnym Siedlisku. Na przykład 20 lat temu znalazłam stare pocztówki. Wydrukowaliśmy je w wielkich formatach i rozwiesiliśmy na płocie przy przedszkolu. Wszyscy mogli obejrzeć tę wystawę przy okazji festynu „Grunt to rodzina”. Wśród skarbów mam też wspomnienia o Carolath (dawna nazwa Siedliska – red.), spisane kiedyś przez Richarda Besterdta, poetę, który tu mieszkał przed wojną. Dostałam od pani Bożeny, dyrektorki dawnej szkoły podstawowej. Besterdt opisał każdy przedwojenny dom dolnego Siedliska. Przeczytałam i zaczęłam interesować się regionalizmem tych okolic.
Regionalna: W jaki sposób ta pasja do historii przekłada się na bajki, które pani opowiada dzieciom?
– Maj jest w naszym przedszkolu poświęcony Siedlisku i rodzinie. Odwiedzamy z dziećmi różne ciekawe historycznie miejsca i opowiadam im o tych miejscach właśnie w bajkach. A naszym przewodnikiem i bohaterem tych bajek jest przyjazny duszek.
Co to za duszek?
– W samochodzie mam maskotkę, małego niebieskiego Smerfa. Raz, w czasie jazdy, pomyślałam, że fajnie byłoby mieć taką maskotkę, która popularyzowałaby naszą gminę. I wtedy powstał Bzowy Duszek, a z nim bajka o duszku, który przypłynął po niebie do Siedliska. A gdy już tu trafił, to odwiedzał różne piękne i ciekawe miejsca.
Co to za miejsca?
– Choćby zamek, przed wojną ponoć najpiękniejszy na Dolnym Śląsku. Męża babcia mówiła, że płonął po wojnie miesiąc czasu. Nikt go nie ratował, bo nie było czym. Później, po latach, w części zamku, która ocalała, w pięknej sali z kominkiem odbywały się zajęcia plastyczne z panią Helenką, między innymi z tkactwa. Był tam dom kultury, była biblioteka. Cały czas coś się w tym zamku działo. Szkoda, że [paywall] nie należy już do nas. Przy tym zamku przed laty pan Marian prowadził ogrodnictwo. Pamiętam, że jak przyjechałam do Siedliska po raz pierwszy, w latach 70., to oczarowało mnie to ogrodnictwo. W mojej bajce duszek odwiedza pana Mariana. Odwiedza też pana Władysława, który przez lata pracował w wyłuszczarni. Została uruchomiona w 1936 roku i wówczas była pierwszą wyłuszczarnią nasion, a dziś jest najstarszą w Polsce. Duszek leci też nad Odrę, by nazbierać konwalii, aby je podarować mamom w dniu ich święta. Leci do dawnej cegielni, która działała w Siedlisku. W końcu siada zmęczony pod legendarną lipą…
Tą lipą, której korona przypominała korzenie?
– Tak. Kiedyś dostałam książkę „Przyjaźń drzewa do człowieka”. Są w niej trzy baśnie o legendarnej lipie z Siedliska, ale napisane dosyć trudnym językiem, dlatego opowiadam dzieciom po swojemu. Staram się dzieciom zawsze mówić prawdę, dlatego nie pomijam wątku, że mieszkańcy chcieli zabić Piotra, bo twierdzili, że zaniedbał swojego ojca. Nie wiedzieli, że ten Piotr był niewinny, że zostawił swojego ojca w domu, żeby ten odpoczął, a sam poszedł w pole. Ten ojciec był jednak pracowitym rolnikiem, dlatego nie potrafił wysiedzieć na miejscu. Pod nieobecność syna poszedł do obory, przewrócił się i zmarł. Ludzie nie uwierzyli Piotrowi i obarczyli go winą. Chcieli go zabić. Wtedy Piotr powiedział, że posadzi lipę korzeniami do góry i jeśli ta się zazieleni, to znaczy, że jest niewinny. No i tak się stało. Dzięki temu zachował życie. To znaczy w moich opowieściach jest tak dobrze, bo wspomniane baśnie kończą się nieco gorzej.
Koniec lipy też nie był najszczęśliwszy…
– Jakieś pół wieku temu zgniła i się rozleciała. Ale mieszkańcy niedawno posadzili nową. Wszyscy mamy nadzieję, że będzie rosła tak pięknie, jak jej poprzedniczka. I może w przyszłości, po latach, również w jej pniu mieszkańcy, tak jak kiedyś, będą zostawiali liściki z przeróżnymi prośbami. W tej starej zostawiali. W liścikach prosili o zdrowie, szczęście, o dobrego męża lub dobrą żonę, o pieniądze…
I o tym wszystkim opowiada pani dzieciom w bajkach? Dlaczego?
– Te bajki mają powiedzieć dzieciom „Jesteście stąd, tu się urodziliście, tu jest wasza mała ojczyzna”. Niekiedy dzieci odpowiadają „Ale ja jestem z Borowca, a ja z Pięknych Kątów, ja z Dębianki, ja z Radocina”. Wtedy mówię, że tam też są ciekawe historie. Przecież to były potężne majątki, trzymali tam barany i owce. Nasze ziemie skrywają skarby. Kiedyś pracowałam w przedszkolu w PGR. Wszyscy pracownicy mieli kawałek pola. Na Katarzynowie kopaliśmy buraki i znalazłam stary kamienny dzbanuszek. W lesie pod Różanówką przed laty odkryto cmentarzysko sprzed setek lat. Przyjechali naukowcy z Wrocławia. Odkopali stare przedmioty, cenną biżuterię i zabrali do muzeum.
Nie ma pani wrażenia, że to wszystko nie jest upamiętnione tak, jak powinno być, że ten historyczny potencjał nie jest wykorzystywany przez gminę? Do Siedliska nie przyjeżdżają turyści…
– To niestety prawda, potencjał nie jest wykorzystywany. Dlatego tym bardziej muszę dzieciom uświadamiać, skąd one są, jak piękne są nasze tereny, które ukrywają jeszcze więcej tajemnic. Kiedyś pojechałam do sanatorium. Poznałam tam małżeństwo z Białegostoku. Kobieta pracowała w urzędzie miasta i przywiozła ze sobą mnóstwo gadżetów, żeby pokazać, jak jest w Białymstoku. A mnie było przykro, że jako gmina nic takiego nie mamy, że ja nie mogłam ze sobą przywieźć i rozdać na przykład breloczków, maskotek, które reklamowałyby Siedlisko, gminę z tak bogatą historią. Niedawno nasz GOKiS zorganizował konkurs na maskotkę gminną. Szkoda, że nie pochwalił się tym w mediach. Zgłosiłam Bzowego Duszka do konkursu i wygrał. Po cichu liczyłam, że może ten duszek mógłby stać się naprawdę gminną maskotką, albo gminnym breloczkiem. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Zabrałam duszka do przedszkola, doszyłam mu niebieską chmurkę i teraz będzie dzieciom towarzyszył we wszystkich spacerach, wycieczkach, uroczystościach przedszkolnych oraz zajęciach.
A czym dla pani są te bajki? Może ucieczką od rzeczywistości, od problemów?
– To prawda. Codziennie się martwię, czy coś się w przedszkolu nie zepsuje. Co trzy miesiące robię sprawozdania, które zanoszę do urzędu gminy. W każdym opisuję nie tylko mocne strony przedszkola, ale też te słabe. Zwracam uwagę, że w przedszkolu brakuje przyłącza do kanalizacji. Że marzy mi się piec akumulacyjny do wypiekania smacznych rzeczy dla dzieci. Mieliśmy piec, taki wielki, popegeerowski, ale spalił się ze starości. Marzę o remoncie strychu, o ociepleniu budynku, o remoncie elewacji. Przecież ja nie proszę o to dla siebie, ale…
Dla dzieci…
– Mój kolega mówi: Chciałaś być dyrektorem to masz cieknący kran, awarię pieca, zepsutą piaskownicę, pełne śmietniki… Ale nie odpuszczam, bo nie mogę pozwolić na to, żeby dzieci na wsi miały gorzej, niż te w mieście. Przecież to nienormalne, żebyśmy nie wiedzieli, którędy przejść na drugą stronę ulicy. Jest niebezpiecznie, nie ma pasów przy przedszkolu, nie ma znaku informującego, że tu przechodzą dzieci, że zatrzymuje się się autobus szkolny. Słyszałam, że jest już „światełko w tunelu”. Żeby wzbogacić przedszkole w dodatkowe zajęcia dla dzieci, urządzenia, pomoce dydaktyczne byłam koordynatorką projektu EFS. Nie jest to łatwe zadanie, ale chciałabym przygotować drugi, tym bardziej że w roku szkolnym 2022/2023 w przedszkolu powstanie trzecia grupa dziecięca. Mnóstwo rzeczy zawdzięczamy kochanym rodzicom. Rodzice przez wiele lat pomagali i pomagają przy remontach. Pomagają sprzątać, bo sami nie dajemy rady. Teren jest spory, a nasza kadra skromna: dwie nauczycielki, dwie pomoce wychowawcze, kucharka, intendent/pomoc w kuchni i ja. Podłogi mamy dzięki rodzicom, nowe meble też dzięki rodzicom, część okien dzięki rodzicom… Śmiem twierdzić, że gdyby nie pomoc rodziców i ofiarność personelu, to przedszkole przez swoje słabe strony mogłoby już nie funkcjonować, ale patrzę w przyszłość z dużą wiarą i nadzieją i wiem, że będzie dużo lepiej.
15
Poprzedni artykuł