Zmarła Maria Kononowicz, wieloletni nauczyciel języka polskiego i niemieckiego w LO im. Bolesława Prusa w Żarach. Byłą wychowawczynię wspomina prof. Zbigniew Izdebski, absolwent z 1975 roku.
– Nasza klasa była niezła, chociaż niekoniecznie najlepsza. Byliśmy za to bardzo zintegrowani i to dzięki zajęciom, które prowadziła pani profesor. Zorganizowała kabaret klasowy i teatr, w którym mogliśmy występować. Zapraszała różne osoby zajmujące się reżyserią, scenografią. Potrafiła wszystko świetnie zgrać. Jedni grali w przedstawieniach, inni śpiewali, jeszcze inni otwierali kurtynę. Wszyscy mieli swoje miejsce w tej klasie. Fenomenem jest to, że ciągle się spotykamy co 5 lat. Nasze ostatnie spotkanie było w tamtym roku w czerwcu. Była z nami pani profesor. Była przykładem osoby, która z godnością radziła sobie ze starością. Od kilku lat miała duże problemy z chodzeniem, musiała wspomagać się balkonikiem. W Żarach nie miała rodziny i była skazana na samą siebie. Była jednak w tym wszystkim zaradna i umiała zadbać o siebie. Znakomicie nas kojarzyła, rozpoznawała. Gdy nieśliśmy ją do samochodu, to z jednej strony cieszyła się, że jest spotkanie, a z drugiej wstydziła, że już sama nie może zejść do samochodu. Zawsze miała przygotowane wiersze i dowcipy na nasze spotkania. Zawsze bardzo szanowałem to, że mimo upływu lat ciągle miała pasję. W czasie naszych lat szkolnych nie zawsze była słodka, dosyć krótko nas trzymała, była zasadnicza. Potrafiła być konsekwentna, wymagająca, ale i troskliwa. W czasie ostatniego spotkania powiedziała mi, że nie chce umierać, kiedy ja będę za granicą. Kilka dni przed jej śmiercią wróciłem do Polski. Jej śmierć była dla całej naszej klasy bardzo smutną wiadomością. Była pięknym przykładem nauczyciela. Nawet jak skończyła pracę w liceum, to jeszcze uczyła w innych żarskich szkołach, dawała również korepetycje. Po przejściu na emeryturę, była jeszcze przez wiele lat aktywna zawodowo. Potrafiła świetnie zagospodarować swoją starość. Często spotykała się z prof. Bojanowskim i z prof. Malendowicz. Nie ukrywała, że jest jej ciężko, ale nigdy nie była zgorzkniała. Nie miała swoich dzieci, ale nas traktowała z taką serdecznością, jakbyśmy byli jej dziećmi. Wielu nauczycieli dobrze wspominamy, ale ona była kimś więcej, można powiedzieć, że matkowała nam. Robiła to jednak z wielkim taktem. Nigdy nie wypytywała, jeśli ktoś sam nie chciał mówić. Wielu z nas nigdy, będąc w szkole, nie myślało, że ta relacja tak bardzo się rozwinie. Z roku na rok te relacje były coraz głębsze i mimo że nie byliśmy jej dziećmi, byliśmy sobie bardzo bliscy.
22
Poprzedni artykuł