Pożar rośnie w siłę. Płonie już nie tylko las, ale też osiedle nowych domów jednorodzinnych, które stoją po drugiej stronie szutrowej drogi. Trzeba ewakuować mieszkańców. Zagrożony jest szpital… Takie katastroficzne obrazy wyświetlają się w głowie burmistrz Otynia, Barbary Wróblewskiej, gdy myśli o bombie w Zakęciu.
Skorupa ze zmielonych śmieci, która powstała w Bobrownikach, w ramach prowadzonej tam do niedawna rekultywacji, nie była jedynym problemem, o którym dyskutowano w trakcie wyjazdowego posiedzenia komisji gospodarczej działającej przy Radzie Powiatu. Odbyło się w poniedziałek, 7.04., w Otyniu. Poruszono problem bomby ekologicznej. Tyka pod Otyniem, we wsi Zakęcie – coraz głośniej i szybciej. Chodzi o górotwór, wypełniony przed laty odpadami. Chodzi też o gnijącą i zżeraną przez rdzę instalację na tymże górotworze.
– Ta bomba może wybuchnąć w każdej chwili – przestrzegała radna Małgorzata Naumowicz na naszych łamach kilkukrotnie, gdy pisaliśmy o sprawie. W swoich obawach nie jest odosobniona. Boją się tego mieszkańcy Zakęcia i okolicznych miejscowości gminy Otyń na czele z burmistrz Barbarą Wróblewską.
Przepychanka
Teren należy do Skarbu Państwa, a spółka DPV, która [paywall] skonstruowała bombę, wtłaczając pod ziemię odpady, ma go w użytkowaniu wieczystym. Żeby zająć się tykającą bombą, trzeba znieść użytkowanie. To trudne. Właściciel DPV zapadł się pod ziemię. Ślad za nim wiedzie do Budapesztu, a nawet dalej, do Moskwy. Jest nieuchwytny od wielu lat. Nie wiadomo nawet, czy ten właściciel istnieje.
Gminę w walce o zabezpieczenie terenu wspiera posłanka Anita Kucharska-Dziedzic. W poniedziałek nie mogła pojawić się na obradach komisji, ale przysłała Michała Kaźmierczaka, swojego pracownika, który sprawą Zakęcia zajmuje się już prawie dwa lata. Przypomniał, że biuro posłanki między innymi wnioskowało do starostwa o stały monitoring bomby. Taki monitoring mógłby powstrzymać ciekawskich, którzy majstrują przy bombie, w tym złomiarzy.
– Starosta odpowiedział, że to nie jest możliwe, bo ta nieruchomość nie wchodzi do zasobu Skarbu Państwa, skoro jest użytkowanie wieczyste – poinformował pracownik posłanki w trakcie posiedzenia komisji w poniedziałek.
Starostwo w 2022 i 2023 roku prosiło ówczesnego wojewodę lubuskiego, czyli Władysława Dajczaka, dziś posła, o opinię na temat ewentualnego wypowiedzenia użytkowania wieczystego terenu z bombą. Wojewoda Dajczak w 2022 roku odmówił, a na pismo z 2023 roku nie odpowiedział.
W 2024 roku zmienił się wojewoda. Dajczaka zastąpił Marek Cebula. Biuro posłanki wysłało pismo do Cebuli. Odpowiedział, że nie widzi przeciwwskazań do ewentualnego zniesienia użytkowania wieczystego.
Następnie biuro posłanki wysłało kolejne pismo do starostwa nowosolskiego, załączając odpowiedź wojewody. To było we wrześniu ubiegłego roku.
– Niestety, do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi – poinformował Kaźmierczak.
Skąd zwłoka?
– Też zwróciliśmy się do wojewody z zapytaniem, czy zweryfikował swoje stanowisko – poinformowała Agnieszka Foltyn-Kupny, naczelniczka wydziału geodezji w nowosolskim Starostwie Powiatowym. – Poprosił, żebyśmy wszelkie czynności zmierzające do zniesienia użytkowania wieczystego podejmowali zgodnie z Okręgowym Urzędem Górniczym w Poznaniu – dodała.
Starostwo napisało do tego urzędu. W grudniu urząd górniczy dał staroście swobodę w działaniach. Tymczasem starostwo uznało, że musi mieć oficjalne stanowisko wojewody, dlatego jeszcze raz napisali do Cebuli. To było 4 marca b. r.
– Do tej pory nie otrzymaliśmy odpowiedzi – poinformowała Foltyn-Kupny.
O tego typu przepychankach na dokumenty między urzędami wokół bomby w Zakęciu można rozprawiać długo. Pisaliśmy na przykład o przepychankach wspomnianego urzędu górniczego z sądami. Póki co, niczego dobrego nie przyniosły.
Kto przeżarł dwa miliony?
Wróblewska gminą Otyń rządzi już 11 lat.
– Jak zaczynałam pierwszą kadencję, to było o tyle lepiej, że starostwo przynajmniej poczuwało się do jakiejś odpowiedzialności za bombę w Zakęciu, a teraz mam wrażenie, że wcale się nie poczuwa – komentuje.
Wróblewska zrobiła rozeznanie wśród firm, które ewentualnie zechciałyby zabezpieczyć bombę. Najtańsza oferta opiewała na blisko 3 mln zł.
– To stosunkowo niedużo – podkreśla. I wskazuje, że usunięcie skutków kolejnej erupcji, jeśli do takiej dojdzie w Zakęciu, mogłoby pochłonąć dziesiątki milionów złotych, a nawet setki – w zależności od skali ewentualnej katastrofy i późniejszego skażenia.
Cóż jednak z tego, że kwota jest stosunkowo niewielka, skoro z powodu przepisów, kolejne apele o unieszkodliwienie bomby przypominają walnie głową w mur?
– Firma DPV, gdy rozpoczynała działalność, wpłaciła dwa miliony złotych do budżetu państwa w ramach zabezpieczenia – przypomina Wróblewska. – Ktoś przeżarł te dwa miliony. Rząd odpowiada nam, że nie można po te pieniądze sięgnąć. A wystarczyłoby dać gminie te dwa miliony i pozwolenie na rozbrojenie bomby, my znaleźlibyśmy brakujący milion i mieszkańcy Zakęcia i okolic mogliby spokojnie żyć, pobliska strefa przemysłowa mogłaby spokojnie pracować, a pobliski szpital spokojnie leczyłby ludzi – wylicza Wróblewska, na myśli mając miejsca, które mogą ucierpieć, gdy dojdzie do kolejnej erupcji, większej od tej z 2021 roku.
Po pierwszej erupcji, Wróblewska zleciła wykonanie badań próbek czarnej mazi wyciekającej spod ziemi. Próbki wysłała do Czech, do akredytowanego laboratorium. Wyniki nie pozostawiły wątpliwości – to ropopochodne substancje, niebezpieczne, silnie rakotwórcze. Są łatwopalne. Szczęście w nieszczęściu, że w 2021 roku do erupcji doszło w grudniu, a nie w upalny dzień lata.
Widmo katastrofy
Jak taka katastrofa, o której myśli Wróblewska, mogłaby wyglądać?
Załóżmy, że do erupcji dochodzi latem, w upalny dzień. Spod ziemi ponownie wycieka czarna, łatwopalna maź, ale w większej ilości, niż w 2021 roku. Pod wpływem wysokiej temperatury, maź błyskawicznie zaczyna się palić. Ogień w okamgnieniu zajmuje okoliczne trawy, by po chwili przedostać się do pobliskiego lasu. Panuje susza. Kolejne sosny zapalają się jak zapałki. Na sąsiedniej działce, raptem 70 metrów od bomby, jest sieć gazu z wysokim ciśnieniem. Dochodzi do wybuchu. Pożar rośnie w siłę. Płonie już nie tylko las, ale też osiedle nowych domków jednorodzinnych, które stoją po drugiej stronie szutrowej drogi. Trzeba ewakuować mieszkańców Zakęcia i okolicznych wsi. Zagrożony jest szpital – spory, bo z tysiącem pracowników i jeszcze większą liczbą pacjentów. Stoi za lasem, niecałe dwa kilometry od bomby. Bliżej, bo raptem kilometr od bomby, zaczyna się strefa przemysłowa. Kolejne zakłady ogłaszają ewakuację. Ogień zabija i niszczy, dym dusi i truje…
W głowie burmistrz Wróblewskiej często wyświetlają się właśnie takie katastroficzne obrazy, gdy myśli o bombie w Zakęciu. Wyświetlają się też w głowach mieszkańców tej wsi.
– Na co czekamy? Aż to się wydarzy? – pyta Wróblewska. – Od lat, co jakiś czas, wręczam sołtysowi Zakęcia nowy komplet kluczy, bo ktoś przecina kłódkę w bramie, która prowadzi do bomby. Ktoś robi dziury w lichym ogrodzeniu. Nie ja powinnam tego pilnować, ale pilnuję, bo jestem tym przerażona!
W trakcie poniedziałkowego spotkania, klucze od bramy Wróblewska rzuciła na stół. Powiedziała, że ma już dość dźwigania tego ciężaru na plecach. Nikt jednak nie kwapił się, żeby te klucze podnieść, więc wróciły do sołtysa Zakęcia.
Zagrożone zdrowie i życie
Wróblewska zapowiada, że na dniach wyśle pisma do starosty, wojewody, WIOŚ, Urzędu Górniczego w Poznaniu i ministerstwa klimatu. Zresztą, nie po raz pierwszy.
– Przypomnę im, że życie i zdrowie mieszkańców jest zagrożone, żeby mieli świadomość – zapowiada. Chce zmusić urzędy do działania. I uniknąć sytuacji, że po ewentualnej tragedii wszyscy umyją ręce i powiedzą „przecież nie wiedzieliśmy”.
W maju zorganizuje kolejne spotkanie w ratuszu. Spróbuje ściągnąć do Otynia starostę, wojewodę, przedstawicieli urzędu górniczego, inspektorów z WIOŚ, prokuratora, a może nawet kogoś z ministerstwa, żeby powiedzieć im wszystkich prosto w oczy o zagrożeniu i zapytać, dlaczego nie biorą odpowiedzialności za bombę w Zakęciu, choć powinni.
26