Sprawa pobicia wychowanków przez Ewę Bortnik, byłą dyrektorkę Domu Dziecka w Łęknicy, po kilkuletniej przerwie wróciła na wokandę Sądu Rejonowego w Żarach. 3 marca odbyła się kolejna rozprawa.
Pobicie wychowanków zgłosiła policji lekarka badająca pięciu chłopców po powrocie z koloni (prawie sześć lat temu). Cała piątka do dziś zgodnie twierdzi, że w Bolkowie dyrektorka pobiła ich skórzanym pasem wojskowym po nogach tak, że siniaki nie schodziły przez kilka dni. Powód? Ponoć zastała w niedwuznacznej sytuacji 15-letniego Leona z 2-letnim chłopczykiem. Chodziło o seks oralny. Gdy dowiedziała się, że jeszcze przed wyjazdem na kolonię, w Łęknicy, Leon z kilkoma innymi chłopakami „zabawiali” się w ten sposób z młodszymi wychowankami, wpadła w szał.
O molestowaniu młodszych dzieci przez starsze wiedziała ponoć wychowawczyni pobitych chłopaków. Ukryła prawdę, bo wyjazd miał być nagrodą dla wychowanków. E. Bortnik zawiesiła w czynnościach dwie wychowawczynie. Do prokuratury złożyła zawiadomienie o zatajeniu przez nie faktu uprawiania nierządu przez wychowanków. Kilka miesięcy później postępowanie wobec wychowawczyń umorzono, a prokuratura postawiła E. Bortnik zarzut pobicia dzieci. Na ławie oskarżonych wraz z E. Bortnik zasiedli trzej byli wychowankowie, dziś już pełnoletni – dwaj 22-letni mężczyźni i jedna kobieta. Na polecenie E. Bortnik mieli oni pobić chłopaków przyłapanych na molestowaniu młodszych dzieci.
W zeznaniach byłych wychowanków przewija się strach, jaki czuły przed dyrektorką. Opowiadają, że biła za byle co, wrzeszczała na wszystkich. I że nie cieszyła się sympatią współpracowników. Wspominają także o oburzeniu, jakie wywołało w Domu Dziecka molestowanie najmłodszych. Wiedzieli, za co dyrektorka pobiła ich kolegów. W relacjach pojawia się motyw kanapek, które Leon obiecywał kolegom za to, że dają „młodszym chu… do buzi”.
Wychowawcy jej nie lubili
E. Bortnik uważa, że sprawa sądowa jest odwetem zwolnionych nauczycielek. – Czuję się winna jedynie temu, że nie potrafiłam uchronić maluchów przed wyuzdanymi praktykami seksualnymi starszych zdeprawowanych chłopaków. Serce mi się krajało, gdy zobaczyłam, co zrobili dziecku, które pielęgnowałam od pieluch – mówiła przed sądem. Zarzuciła, że ktoś zasugerował byłym wychowankom, co mają mówić. Na swoją obronę podała, że jedna z dziewcząt napisała do niej list. – Przepraszała za to, co opowiadała. Twierdziła, że tak jej kazali wychowawcy – zapewniła sędziego E. Bortnik. Na wniosek Tadeusza Ardellego, obrońcy E. Bortnik, list ma być włączony do materiałów dowodowych.
Rafał Beyger, były wychowanek Domu Dziecka w Łęknicy, potwierdził, że wychowawcy nie lubili E. Bortnik. – Każdy uważał, że jest za młoda, za głupia i do niczego się nie nadaje. Ale to dlatego, że nie podobało im się, że się od nich czegoś wymaga – opowiadał. – Nic mi nie wiadomo o tym, by pani dyrektor pobiła chłopaków. Nie wiem też, czy miała wojskowy pas, o którym mówiły dzieciaki – mówił Beyger.
Oskarżona uważa, że wychowawcy zrobili wszystko, by wykorzystać tę sytuacją przeciwko niej. – Zanim tam przyszłam, oni żyli według pewnego schematu, nie interesowali się dziećmi, pracę traktowali jak przykrywkę pod prowadzoną działalność handlową na targowisku, które wtedy przynosiło ogromne dochody. Ja ten ich cały układ burzyłam, chcieli mnie w ten sposób wyeliminować. I udało im się – opowiadała E. Bortnik.
Straci posadę?
Kolejny termin rozprawy sąd wyznaczył na 1 kwietnia. Wtedy najprawdopodobniej zapadnie wyrok. E. Bortnik w połowie stycznia została zatrudniona przez burmistrza Wacława Maciuszonka w Urzędzie Miejskim w Żarach jako główny specjalista ds. kontroli finansowej. Jeśli sąd uzna ją winną pobicia wychowanków, straci pracę. – Z mocy prawa żaden pracownik samorządowy nie może być karany za przestępstwa umyślne – potwierdza Kazimierz Pańtak, radca prawny. E. Bortnik zapowiada, że jeśli wyrok będzie dla niej niekorzystny, odwoła się od niego.

