Strona główna » Zrobili z nas dziadów

Zrobili z nas dziadów

przez imperia

Trzy prysznice na 160 żołnierzy, zimna woda, przeterminowane żarcie i mniejsza kasa za siedmiomiesięczną misję. – W Afganistanie nawet najtwardsi mieli powody do narzekań – przyznają żołnierze 10. Brygady Kawalerii Pancernej w Świętoszowie.
Mateuszowi, tak jak jego kolegom, dowództwo obiecywało ok. 10 tys. zł za miesiąc na misji. Oprócz tego pensja krajowa. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. – Nawet licząc wszystkie dodatki, tzw. mini max, czyli 20 godzin patrolu poza bazą w miesiącu oraz dodatek kamizelkowy, nie udało się zarobić tyle pieniędzy – twierdzi Mateusz. – Ja wyciągałem miesięcznie od 7 do 9,5 tys. zł. Do domu przywiozłem ok. 15 tys. zł mniej, niż mi obiecywano. A miesięcznie „wyjechałem” ponad 100 godzin na patrolach i byłem w bazie Quarabagh, gdzie codziennie dostawaliśmy dodatek za noszenie kamizelek kuloodpornych. Dodatek kamizelkowy otrzymywali żołnierze przebywający w najmniejszych bazach.
 
Litwini zakładają interesy
Dlaczego więc Mateusz i inni dostali mniej pieniędzy? Żołnierze ze Świętoszowa zdradzają, że po wizycie przedstawiciela MON w polskiej bazie w Afganistanie, dowódca zmiany zadecydował, że żołnierze dostaną dodatki według najniższych stawek.
– W mini maksie obowiązywały widełki – od 750 do 1.200 zł miesięcznie, podobnie jak w dodatku kamizelkowym – 50-75 zł za dzień. Dodatki liczono nam według najniższych stawek, czyli 750 zł miesięcznie  i 50 za dzień – zdradza jeden z żołnierzy. – My wróciliśmy z czterdziestoma paroma tysiącami, a Litwini czy Słowacy po misji w Afganistanie zakładają biznesy. Nawet nie pytałem, ile dostali kasy, aby się nie denerwować.
Mjr Piotr Jaszczuk, zastępca rzecznika Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych, twierdzi, że każdy żołnierz otrzymał pełne informacje o zarobkach przed wyjazdem na misję. Nie potwierdza, jakoby w trakcie misji zaszły jakieś zmiany w wynagradzaniu żołnierzy.
 
Wojsko to nie hotel
Ale to nie koniec. Żołnierze narzekali na niewystarczające i przeterminowane posiłki, a także warunki bytowe. – Ja wiem, że wojsko to nie hotel pięciogwiazdkowy, ale jakiś standard dowództwo powinno nam zapewnić – twierdzi starszy szeregowy, który służył w bazie Quarabagh. – Tymczasem w bazie były trzy prysznice na 160 żołnierzy, w dodatku woda w nich była tylko przez pięć godzin, bo musiała zostać na zmywanie naczyń w stołówce. A jeśli już była, to zimna. Działał tylko jeden z dwóch bojlerów.
Żołnierz przyznaje, że najgorzej było w styczniu, kiedy w bazie zabrakło jedzenia. – Mimo licznych meldunków o dostawę żywności, czekaliśmy na nią prawie miesiąc – dodaje. – W tym czasie karmiliśmy się amerykańskimi, przeterminowanymi zestawami, tzw. MRI. Z reguły to był kawałek kurczaka, ziemniaki, jakiś sos, baton i oranżadki w proszku.
 
Piesze patrole
Dowódca zmiany nie tylko w taki sposób „hartował” żołnierzy. – Sprzęt stał w bazie, a my szliśmy na patrole, dlatego wielu prosiło dowództwo o wcześniejszy powrót do kraju. tzw. „rotację”. Gdy im odmawiano, kombinowali, brali urlopy okolicznościowe – dodaje kolejny żołnierz. – Amerykanie się z nas śmiali, widząc, jak maszerujemy. Stąpać po ziemi to większe ryzyko niż jechać po niej rosomakiem. To było ekstremalne przeżycie, na szczęście wróciłem cało do domu. Ale generał powtarzał: „Lepiej usprawnić człowieka niż sprzęt”. Chyba też za taką politykę oszczędnościową przyznano mu krzyż komandorski.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz