Pracownicy żarskiego Kauflandu skarżą się, że są traktowani jak w obozie.
Pracownik największego marketu w Żarach zwrócił się do „Gazety Regionalnej” z prośbą o interwencję. Twierdzi, że traktowani są przez dyrektorkę jak w obozie pracy, a myśl o kolejnym dniu pracy to dla większości trauma. „Takich rzeczy, jakie się wyprawia w tym sklepie, jeszcze nigdzie nie widziałem.”. Czytelnik opisuje, że dyrektorka poleciła nosić pampersy pracownikowi, który szedł do toalety. Następnego dnia już nie pracował. Potwierdza to Iza (33 l.), była pracownica, która zdecydowała się sama zwolnić. – Śmiałam się z przekąsem, że mój przydział pampersów się skończył, dlatego idę do toalety – ironizuje. – Na pracownikach wywierana jest ciągła presja. Cały czas są kontrolowani, a jeśli ktoś choć na chwilę się zatrzyma, od razu musi liczyć się z konsekwencjami z jej strony. Zastraszone osoby boją się o tym mówić, bo każdemu zależy na pracy. Nie wiedzą, co zrobić – opowiada.
Kobiety harują jak woły
Innowacją wprowadzoną przez dyrektorkę jest odpowiedzialność finansowa, którą ponoszą pracownicy, choć nie ma o tym wzmianki w ich umowach. Muszą płacić za ewentualną różnicę pomiędzy ceną z etykiety a tą, którą klient ma nabitą na paragonie. – Wystarczy, że ktoś coś przeoczy albo etykieta zostanie przekazana na inny dział, to pewne, że będzie różnica. W końcu brakuje czasu nie tylko na ich wymianę – skarży się anonimowo jedna z pracownic. – Wszystkie kobiety harują jak woły i zmuszane są do dźwigania ciężkich towarów, często płaczą, czując bezradność. Boją się każdego wezwania, bo to pachnie naganą. Niejeden facet nie podołałby takiej pracy, a one muszą – opowiada jeden z mężczyzn.
Tylko z ładną twarzą?
Ewelina Stojanowska już nie pracuje w Kauflandzie. Opowiada o nowych zasadach w sklepie. – Dyrektorka wprowadziła system żółtych kartek, dostaje się trzy żółte, potem czerwoną i można pożegnać się z pracą – relacjonuje pani Ewelina, która przepracowała w Kauflandzie 3 lata, a od 2 miesięcy jest bezrobotna. Dwa razy postawiła się dyrektorce. Jeżeli coś źle zrobiła, ta w niewybredny sposób zwracała jej uwagę nawet przy klientach. Nagminne było skracanie czasu przerwy. Nie wolno było też odzywać się do kolegów z działu. Ewelina często płakała, gdy miała iść do pracy. Wspomina jedną z rozmów z dyrektorką, w czasie której usłyszała, że ogólnie podoba jej się praca pani Eweliny. – Powiedziała jednak: „Pani twarz mi się nie podoba” – opowiada była kasjerka. – Któregoś dnia pani dyrektor wezwała mnie do biura i zapytała, czy uważam się za dobrą pracownicę – E. Stojanowska wspomina ostatni dzień w markecie. – „Bo ja panią uważam za złą, a tu jest wypowiedzenie”, tak dyrektorka podziękowała mi za współprace pół godziny przed końcem pracy – kwituje.
Oskarżenia i poniżanie
Pracownicy Kauflandu nie ujawniają się, bo boją się utraty pracy. Dotarliśmy do byłej pracownicy, która mimo wszystko chce pozostać anonimowa. Opowiada, jak z anginą ropną i gorączką chodziła do pracy. Żeby nie brać zwolnień lekarskich, wykorzystywała urlop wypoczynkowy. Została oskarżona przez dyrektorkę o kradzież 50 zł i zwolniona. Pracowała tam 8 lat, wielokrotnie miała kontakt z pieniędzmi i nigdy nie padł na nią nawet cień podejrzenia. Wspomina, że nikt nie próbował tego nawet wyjaśnić. – Zdarzały się braki na kasie, pomyłki nie sposób uniknąć, przytrafiają się najlepszym. Wtedy podpisywało się oświadczenie, że to w wyniku źle wydanej reszty. A mnie wywaliła za 50 zł – opowiada. – Kasjerki traktowane były jak śmieci i poniżane – dodaje.
Strach chorować
Pracownicy Kauflandu boją się chorować, bo po powrocie mogą dostać wypowiedzenie. Obawiając się zwolnienia, idą do pracy, narażając nie tylko swoje zdrowie, ale i pozostałych pracowników i klientów. Ewa Zając pracowała w Kauflandzie ponad 4 lata. Dostała wymówienie. Trudno jej znaleźć nową pracę, ponieważ skończyła już 50 lat, ma też niepełnosprawną córkę. Obsługiwała głównie stoisko z wędlinami. Ma kłopoty ze zdrowiem, które zaczęły się, gdy pracowała w markecie. Bywało, że zaciskała zęby z bólu i obsługiwała klientów. Bała się opuścić swoje stanowisko.
– Chodziłam do pracy, męczyłam się, nawet już dźwigać nie mogłam. Kiedy wracałam do domu, mąż krzyczał, żebym poszła do lekarza, ale ja wiedziałam, że gdy będę miała dłuższe zwolnienie, to mnie wywalą – opowiada E. Zając. Gdy zachorowała jej córka, nie miała wyjścia, musiała iść na zwolnienie. Kiedy wróciła do pracy, w ten sam dzień usłyszała komunikat, aby stawiła się u dyrektorki. Na biurku leżało już wypowiedzenie. Powiedziano jej, że organizują silną grupę pracowników. – Jak to usłyszałam, nogi się pode mną ugięły – wspomina. Gdy pracowała na stoisku z wędlinami, musiała niekiedy pilnować automatycznie ciętych wędlin. Jeśli taką sytuację zaobserwowała pryncypałka, od razu oskarżała ją o obijanie się. – A ja musiałam trzymać mięso, bo za wszystkie zbędne skrawki, które zostawały, byliśmy rozliczani, a ścinek można było mieć tylko do wartości 50 zł. – Czuję się skrzywdzona i upokorzona. – mówi kobieta.
Śmiech przez łzy
Iza pracowała tam pięć lat. Początkowo na kasie, później przenieśli ją na drogerię. Opowiada, że atmosfera z dnia na dzień stawała się coraz gorsza. Nikt nie był w stanie spełnić oczekiwań szefa. Za wszystkie niepowodzenia odpowiadali pracownicy.
Inna pracownica mówi, że czasem musieli przychodzić także w nocy, mimo że byli w pracy też na pierwszej zmianie. Opowiada o tymczasowych pracownikach, zatrudnionych na umowę zlecenie, którzy po 3, 4 miesiące czekali na swoje wypłaty. – Boimy się gdziekolwiek interweniować. Kaufland mówi, że pracujemy w zespole, a pracownicy to kapitał firmy. Śmiech nas ogarnia, gdy to słyszymy. Szkoda tylko, że to gorzki śmiech – kończą.

