– Zwierzęta w schronisku lepiej się traktuje niż pacjentów w 105 Szpitalu Wojskowym – denerwuje się Zofia Sowa z Górzyna koło Lubska. Jej mąż 11 godzin, na korytarzu, domagał się pomocy. – Gdy Krzysztof chciał się położyć na łóżku, personel powalił go na ziemię – relacjonuje kobieta. – Pacjentom wydaje się, że są bardzo chorzy – odpiera Marek Femlak, wicedyrektor szpitala.
– Trzydzieści lat przepracowałam w służbie zdrowia w Lubsku i nigdy nie spotkałam się z tak bestialskim zachowaniem – ubolewa Z. Sowa. Jej mąż, Krzysztof Sowa (55 l.), we wtorek (6.09.) bardzo cierpiał. Nie mógł znieść bólu kręgosłupa. Drętwiały mu nogi i ręce.
Naprawdę było z nim źle
– Tato nigdy nie leżał w szpitalu, więc jak wezwał karetkę, to znaczyło, że naprawdę jest z nim źle – tłumaczy Sylwia Staniszewska, córka poszkodowanego. Około godz. 8 rano karetka zawiozła obolałego pacjenta na Szpitalny Oddział Ratunkowy w 105 Szpitalu Wojskowym. Dostał zastrzyk przeciwbólowy i kroplówkę, ale niewiele to pomogło.
– Odjęło mi nogi i nie mogłem samodzielnie się poruszać – tłumaczy K. Sowa. Lekarz neurolog, wezwany na konsultację, stwierdził, że przyczyną silnego bólu jest choroba zwyrodnieniowa kręgosłupa i wypisał K. Sowę do domu. – Nie zgodziłem się na takie traktowanie. Nie po to płacę wysokie składki, żeby zbywać mnie bez wykonania choćby zdjęcia kręgosłupa – mówi K. Sowa.
– Każdy przychodzi i prosi, ale nikt nie patrzy, ile to kosztuje. Na takie badania pacjent powinien być kierowany przez poradnie – uważa Dariusz Kordiak, zastępca ordynatora oddziału neurologicznego.
– SOR jest od ratowania życia, nie jest to natomiast gabinet lekarza rodzinnego – dodaje Marek Femlak, zastępca dyrektora 105 Szpitala Wojskowego.
K. Sowa postanowił jednak nie opuszczać SOR-u, dopóki nie będzie miał zrobionych badań.
Zrzucili go z łóżka?
– Gdy zapytałam o możliwość zrobienia rezonansu lub tomografii, obsługa szpitala powiedziała, że 105 nie ma takich urządzeń – żali się S. Staniszewska. Według relacji córki, jej ojca wystawiono na korytarz szpitalny i przestano się nim interesować. Gdy zaczął krzyczeć z bólu, nazwano go symulantem, a gdy nie zgodził się zejść z zajmowanego wózka, wezwano ochronę, żeby na siłę go z niego ściągnęła. Ochroniarz zachował jednak zdrowy rozsądek i nie zrzucił pacjenta z wózka. Rodzina opowiada, że po kilku godzinach K. Sowa z bólu nie mógł już siedzieć i postanowił wdrapać się na stojące w pobliżu łóżko szpitalne, żeby się położyć. Gdy zobaczył to personel oddziału, rzucił się na niego, żeby mu to uniemożliwić. Jedna z pielęgniarek weszła nawet na łóżko, żeby pacjent się na nie nie wdrapał. Personel był na tyle skuteczny, że powalił cierpiącego K. Sowę na ziemię.
– To nieprawda. Próbowaliśmy przewieźć go do innego pomieszczenia, ale wtedy pacjent złapał się łóżka, żeby nam to uniemożliwić i zsunął się na ziemię – opowiada pielęgniarka, która była wtedy na dyżurze.
Pacjent jak rzecz
– Tam się nie liczy człowiek, tam się liczą sprzęty, pięknie wyremontowane sale, lekarze ignorują cierpienia człowieka, a pacjenci są traktowani gorzej niż rzeczy – skarży się Z. Sowa. Pacjent przez ponad 10 godzin nie dostał nawet kubka wody.
– Tutaj trafiają osoby po ciężkich wypadkach, personel na co dzień styka się ze śmiercią i potrafi dobrze rozpoznać stan zagrożenia życia. Nikt nie negował tego, że pacjent wymaga leczenia, ale nie w trybie pilnym, dlatego został wypisany z oddziału – mówi M. Femlak.
– Nie możemy tutaj mówić o złamaniu praw pacjenta, bo chory został przyjęty. Lekarz ocenił jego stan jako niewymagający hospitalizacji i w pełni odpowiada za swoją decyzję, której my nie możemy podważać – uważa Sylwia Melcher-Nowak, rzeczniczka lubuskiego oddziału NFZ.
– Pacjentom wydaje się, że są bardzo chorzy. Mają swój punkt widzenia. Gdy specjalista mówi co innego, są niezadowoleni – dodaje M. Femlak.
K. Sowa, dzięki uporowi, trafił ostatecznie na oddział neurologiczny. Około godz. 21, po 13 godzinach oczekiwania, zbadał go inny lekarz i uznał, że jednak powinien zostać w szpitalu.

