Żaganiem wstrząsnęła wiadomość o śmierci młodego chłopaka, który utonął w Bobrze.
Do tragedii doszło tuż przed godz. 23, w sobotę (15.10.), przy elektrowni na Bobrze w Żaganiu. Grzegorz Bartczak (†19 l.) wpadł do spustu tamy i utonął w głębokiej, wzburzonej w tym miejscu wodzie. – Jeszcze jakąś godzinę przed wypadkiem gadałem z „Kabanem”, bo tak na niego wszyscy wołali – nie może uwierzyć Andrzej Kopcik (20 l.) z Żagania, kolega Grześka. Opowiada, że było z nim dwóch znajomych, którzy od razu wezwali pomoc. – Nic się jednak nie dało zrobić i jak strażacy go wyłowili, to już nie żył – relacjonuje.
Sprawą zajęły się służby śledcze. – Żagańscy policjanci i prokuratura wyjaśniają przyczynę i okoliczności tego tragicznego zdarzenia – informuje Sylwia Woroniec z żagańskiej komendy policji.
Pośliznął się na trawie
Po mieście krążą różne opowieści o przyczynach wypadku. – Niektórzy mówią, że skakał po barierkach, żeby się popisać przed kolegami. Inni opowiadają, że chciał spojrzeć, jak woda spływa z tamy i za bardzo się wychylił – opowiada Wojtek (16 l.), który znał Grześka z widzenia.
– To totalne bzdury – oburza się wujek chłopca, Piotr Tutur (32 l.), który jako jeden z pierwszych pojawił się na miejscu wypadku. – Grześ miał spuszczone spodnie. Najprawdopodobniej chciał się wysikać na brzegu pod wierzbą, a że trawa jest tam bardzo śliska, wpadł do rzeki – opowiada. Zaznacza, że towarzyszący mu koledzy nie widzieli sytuacji, bo chłopak przed wypadkiem pisał SMS-a i został trochę z tyłu. – Plotką jest, że Grzesiek był kompletnie pijany. Chłopaki wypili w domu po piwie i pięćdziesiątce, jak to młodzi w sobotni wieczór – podkreśla.
Dziewczyny go kochały
Rodzina wspomina, że Grzesiek był spokojny i bardzo lubiany. – Niedawno skończył szkołę w Żaganiu i uczył się dalej zaocznie w Zielonej Górze – zaznacza P. Tutur. Opowiada, że jego największą pasją była piłka nożna. Najpierw grał w młodzikach, a potem wiernie kibicował drużynie „Czarnych Żagań”. Interesował się też komputerami i motoryzacją. – Miał wiele koleżanek, bo dziewczynom się bardzo podobał – wzdycha wujek.
– Grześ był ambitny i miał plany na przyszłość, chciał w życiu do czegoś dojść. Tuż przed śmiercią starał się o pracę w „Bartexie”. We wtorek zadzwonili, że od tego tygodnia może zaczynać… – zawiesza głos P. Tutur.



