– Ponoć kochani ludzie nie odchodzą. Robert (†39) z pewnością do nich należał – zapewnia Halina Szyposz z Żagania. Pięć lat temu straciła męża.
Halina Szyposz (39 l.), dyrektorka żagańskiej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, nauczycielka historii i radna miejska, z Robertem, urzędnikiem wydziału promocji i rozwoju żagańskiego Urzędu Miasta, tworzyli szczęśliwą i zgraną parę. Pięć lat temu sielankę przerwała choroba Roberta. Przyszła nagle i szybko go zabrała. Pani Halina została sama z dwiema córkami.
Cieszyli się każdy dniem
Budowa domu była prawie na ukończeniu, kiedy Robert dowiedział się, że zostało mu niewiele życia. – Aż trudno uwierzyć, że to już pięć lat… – wspomina pani Halina. – Planowaliśmy, gdzie będą pokoje dla dziewczynek, gdzie sypialnia, salon. Nagle Robert zaczął się źle czuć. Skarżył się na bóle brzucha. Gdy podczas gry w koszykówkę doznał kontuzji nogi, która nie chciała się goić, czułam, że coś jest nie tak. Po wykonaniu badań, okazało się, że coś jest na wątrobie. Diagnoza lekarzy była jak cios w serce – rak na jelicie, bardzo zaawansowany
Pomoc przyjaciół i szybka operacja u doktora Marka Pudełki we Wrocławiu nie uratowały życia jej męża. Pojawiły się przerzuty. – Trzymała nas tylko nadzieja. Od tego momentu każdy dzień był dla nas ostatnim – dodaje pani Halina. – Dziś, z perspektywy czasu wiem, że to było szczęście, że dane nam było jeszcze rok ze sobą przeżyć. Chociaż z drugiej strony, kiedy patrzyłam, jak cierpi, zazdrościłam tym, którzy szybko giną, nie czują bólu. W domu nie było sprzeczek, kłótni. Cieszyliśmy się każdym dniem. Wycieczki, spacery, spotkania ze znajomymi, ostatnia wspólna Wigilia, a potem śmierć. Jakby życie dla mnie się skończyło. Robert był jego bardzo ważną częścią. Chodziliśmy ze sobą od liceum. I nagle świat mi się zawalił. Wsparciem były dzieci. Po jego śmierci nie chciałam jeść, nie chciało mi się żyć, ale dziewczynki uświadomiły mi, że warto. Dla nich.
Stanęła na nogi
Budowę domu nadzorowała sam. Przyznaje, że przeprowadzka przyniosła jej ulgę. – W starym mieszkaniu zostawiłam wiele wspomnień, nowe kąty pomogły mi zacząć nowe życie – zdradza.
Stanąć na nogi pomogli jej przyjaciele. Zachęcili do wystartowania w konkursie na dyrektora szkoły podstawowej. – Obowiązki nie pozwalały mi za dużo myśleć. Dzień nie polegał tylko na spacerze na cmentarz, ale wytężonej pracy, a potem domowych pracach – mówi H. Szyposz. – Na początku było mi trudno zastąpić dziewczynkom Roberta. On był twardy, kierował domem, miał swoje zdanie, z którym córeczki się liczyły. Musiałam przejąć jego obowiązki.
Aneta (18 l.) obecnie uczy się w III klasie Liceum Katolickiego w Żarach. Młodsza, Paulina (12 l.) jest uczennicą VI klasy szkoły podstawowej. Od śmierci taty nauczyły się samodzielności i odpowiedzialności.
150 metrów i 5 arów
Aneta wstaje najwcześniej i przyrządza wszystkim śniadanie. Wszechstronnie uzdolniona, jest finalistką olimpiad. Ma wiele pomysłów na życie. Jest humanistką, ale chce studiować stomatologię. – To takie dziecko sukcesu, boję się, że zrazi się, gdy przyjdzie pierwsza porażka – mówi jej mama.
Paulina to dusza towarzystwa, żywa i energiczna. – Wierzy, że tatuś jest gdzieś tam i widzi, że pomaga mamie. Niełatwo jest ogarnąć 150-metrowy dom i 5 arów trawnika, który trzeba regularnie kosić. Każda z nas ma swoje dyżury. Gdy jedna kosi trawę, druga układa drewno na rozpałkę – mówi mama Anety i Pauliny.
Gotowanie? – Lubię! W tygodniu szybkie obiady po pracy, ale w weekendy zamieniam się w królową kuchni. Wraz z dziewczynkami szukamy oryginalnych przepisów, lubimy kuchnię chińską, sushi i inne wynalazki – zdradza pani Halina.
Po posiłku czas na ruch. – Wycieczki są naszą pasją – mówi pani Halina. – Zarówno rowerowe, po okolicy Żagania, jak i te dalsze, po całej Polsce. Chętnie zaglądamy do dużych historycznych miast.
Pani Halina, jako zapalona historyczka, bardzo chciała pokazać dziewczynkom najpiękniejsze polskie zabytki. Były już w Krakowie, Warszawie, Częstochowie, Gdańsku i Wrocławiu.
Szczególny dzień
Czy czuje się zrealizowana? – Raczej mam satysfakcję, że udało mi się to wszystko dźwignąć. Dla mnie sukcesem jest, że nie muszę się wstydzić ludzi, że staram się być dobrym człowiekiem, komuś pomogę – dodaje. – Radną czy dyrektorką się bywa, człowiekiem się jest. Lubię to miasto.
1 listopada będzie dla rodziny Szyposzów dniem szczególnym. – Mimo że często odwiedzam Roberta, Wszystkich Świętych będzie dla nas dniem wyjątkowym. Miło mi, gdy każdego roku widzę przy grobie męża wielu jego przyjaciół. Pamiętają o koledze i to jest wspaniałe. Na nagrobku Roberta widnieje napis „Kochani ludzie nie odchodzą”. Zawsze będzie nam go brakować – mówi wdowa.


