Strona główna » Zabiła go kuchenka

Zabiła go kuchenka

przez imperia

Maciej M. (†35 l.) zginął w poniedziałek (24.10) porażony prądem. Naprawiał kuchenkę mikrofalową. Nie odłączył jej od zasilania.
– Maciuś umierał mi na rękach. Jestem jego wujkiem – mówi Mirosław (44 l.) z Jankowej Żagańskiej. Od ponad roku łapali razem dorywcze prace. Kilka tygodni temu poznali pana Marka, właściciela budynków po piekarni w Sieniawie Żarskiej. Zaproponował im pracę. Mieli tam sprzątać i wykonywać drobne remonty. – Codziennie rano przyjeżdżał po nas do Jankowej szwagier właściciela i zawoził do Sieniawy – opowiada Mirosław.
W tragiczny poniedziałek, Maciej M. wstał rano, ubrał się i z uśmiechem pożegnał z mamą, z którą mieszkał. Była godz. 7.30.
– To nie do przeżycia, rano wychodził radosny, powiedział: „Mamuś, ja idę”, a za dwie godziny dostałam telefon, że nie żyje. To wielka tragedia – z płaczem wspomina Stefania, matka Macieja.
 
Mikrofalówka
Gdy przyjechali na miejsce, Mirosław zaczął się przebierać, a Maciej zobaczył stojącą z boku kuchenkę mikrofalową. Postanowił sprawdzić, czy działa. – Codziennie rano chodziliśmy do sąsiedniego sklepu do pani Ani kupić coś na śniadanie. Tego dnia też mieliśmy już iść, ale Maciuś chciał się upewnić, czy będziemy mogli sobie coś podgrzać – opowiada wujek zmarłego. Maciej postawił rozpadającą się kuchenkę na lodówce. Podłączył ją do prądu. Wydawało mu się, że coś jest nie tak. Zdjął obudowę. Nie wyjął jednak wtyczki od mikrofali z gniazdka.
 
Odrzuciło go
– Wsadził gdzieś palce i z wielkim impetem odrzuciło go na półtora metra. Jak podbiegłem do niego, to miał jeszcze otwarte oczy. Krzyczałem: „Maciuś, Maciuś”. Nie reagował. Jak zaczęła mu lecieć krew z nosa i ust, to położyłem go na boku, żeby się nią nie zadławił i pobiegłem do sklepu szukać pomocy. Byłem tak roztrzęsiony, że nie mogłem nawet zadzwonić po pomoc – wspomina Mirosław.
– Znałam tych panów tylko z widzenia. Gdy dowiedziałam się, co się stało, zadzwoniłam pod 112, żeby wezwać karetkę. Sama na miejsce wypadku nie poszłam, bo to nie mój sklep i nie mogłam go zamknąć – opowiada Anna, sprzedawczyni w pobliskim sklepie.
 
Kałuża krwi
Mirosław wziął od niej telefon, przez który dyspozytor z pogotowia mówił mu, co ma robić. Szybko wrócił do pomieszczenia, gdzie leżał Maciej. – Nie mogłem mu już pomóc. Leżał w kałuży krwi. Miał złamany nos i rozbite czoło. Oczy już zamknięte. Obróciłem go na plecy i zacząłem robić masaż serca. Po chwili przyjechało pogotowie – wspomina dramat 44-latek. Lekarze reanimowali Maćka. Po kilku minutach przyjechała druga karetka, ze specjalistycznym sprzętem. Było już za późno. – Ciało Maciusia przykryli – mówi, nie mogąc powstrzymać łez, Mirosław. – Umierał na moich oczach.
Rodzina
– Straciłem drugą połowę – z płaczem mówi Wojtek, brat bliźniak Macieja. Po dwóch godzinach od wypadku, przyjechał na miejsce tragedii z mamą i bratem Jackiem. Do pomieszczenia, gdzie leżało ciało Macieja, policjanci wpuścili tylko Jacka. – Szok, nie wierzę, że to się mogło stać. Leży we krwi, ma połamany nos i rozbite czoło, dłonie są spalone – opowiadał  najbliższym to, co zobaczył.
– To moje dziecko. Był taki radosny, uśmiechnięty, dla wszystkich uczynny, a teraz nie żyje – płacze matka zmarłego.
Maciej osierocił trójkę dzieci, dwie córki i syna. Najstarsze ma 14 lat, a najmłodszy 7. Od kilku lat nie mieszkał z żoną i dziećmi. – To dla mnie trudne, nie byliśmy skłóceni, odzywaliśmy się do siebie, chociaż ostatnio nie mieliśmy częstego kontaktu. – mówi Anna, żona zmarłego.
– Fajny facet, życzliwy, wszystkim pomagał, dał się lubić – wspomina Macieja sąsiadka z Jankowej.
– Bardzo nam go szkoda, bo to był dobry chłopak – dodaje jeden z krewnych.
– Szkoda, młody chłopak, a w piach poszedł przez chwile nieuwagi – mówi wujek Mirosław.

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz