Strona główna » Nie hamował

Nie hamował

przez imperia

Przemek miał 27 lat i przed sobą całe życie. Zginął w wypadku na drodze Brody-Lubsko (28.10.). – To było moje jedyne dziecko – płacze pan Roman.
– Był spokojnym chłopakiem. Jeździłem z nim od czasu do czasu na ryby. Czas wolny spędzał przy komputerze. Nie mogę uwierzyć, że już go nie ma – opowiada Artur, kuzyn Przemka. Podczas rozmowy zapala znicz w miejscu, gdzie doszło do wypadku. Drzewo, w które uderzył czerwony golf III, czuć jeszcze spalenizną. Wokół walają się szczątki silnika i karoserii.
 
Zginęło jego jedyne dziecko
W piątkowe popołudnie, Przemysław R. wracał z Forstu, gdzie opłacał koszty pobytu w szpitalu. Minął Brody. Do Lubska, gdzie mieszkał z rodzicami, brakowało mu zaledwie kilkunastu kilometrów. Na liczniku miał około 120 km/h. W pewnym momencie auto, z nieznanych dotąd przyczyn, zjechało na przeciwległy pas i uderzyło z całą siłą w drzewo. Wybuchł pożar. Zanim ktokolwiek z przejeżdżających zdążył wyciągnąć kierowcę z samochodu, ten już płonął. Strażacy mogli tylko dogasić auto. Przemek zmarł na miejscu, w chwili zderzenia. Nie cierpiał.
Oficjalnie nie można jednak potwierdzić, że kierowca, który zginął w wypadku pod Brodami, to Przemek R. Aby go zidentyfikować, prokurator zlecił badanie DNA. Na jego wyniki rodzina musi czekać kilka tygodni. Do tego czasu rodzice nie mogą pochować syna. Ojciec Przemka jest jednak pewien, że to jego jedyne dziecko zginęło przed Brodami. Na drodze znalazł klucze od domu, które Przemek zawsze nosił przy sobie. Auto i brak sygnału życia od Przemka też wskazują jednoznacznie, że to on.
– Po przeprowadzeniu wstępnych oględzin zwłok oraz pojazdu, a także rzeczy znalezionych na miejscu wypadku, można stwierdzić, że jest to właściciel pojazdu, Przemysław R. – poinformował w czwartek (3.11.) rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze, Grzegorz Szklarz. Prokuratura z Zielonej Góry prowadzi śledztwo, aby ustalić dokładne przyczyny wypadku.
 
Miał problemy z sercem
Przemek kilka godzin przed śmiercią skasował swoje profile na portalach społecznościowych. To budzi podejrzenia, ale mógł to być zwykły przypadek. Poza tym, jak opowiada kuzyn, Przemek od kilku miesięcy starał się o pewną dziewczynę. Gdy udało mu się ją zdobyć, był bardzo szczęśliwy. Jednak od tygodnia nikt go z nią nie widział. Niektórzy znajomi Przemka mówią, że ten dość niespodziewanie zerwał z nią. Rzekomo nie odbierał telefonów, nie odpisywał na SMS-y. 
– Przemek był bardzo dobrym przyjacielem. Zawsze mogłem liczyć na jego wsparcie, rozmowę. Nie potwierdzam, że chciał się zabić. Powiedziałby mi, jeśliby miał takie problemy – zapewnia sąsiad i bliski kolega Przemka, Ariel.
– Droga była w idealnym stanie. Słońce i przejrzyste niebo nie utrudniały widoczności. Może uwagę Przemka odwrócił telefon? – zastanawia się ojciec, pan Roman.
Sąsiad i zarazem dobry znajomy Przemka zdradza, że ten miał problemy z sercem. Brał leki. Podczas służbowego wyjazdu w Niemczech, miał poważne problemy ze zdrowiem. Był w szpitalu w Forście. Dlatego tam pojechał. Opłacić pobyt w klinice.
– Niewykluczone, że zasłabł podczas jazdy. Tak też mogło być, ale to już w tym momencie nie ma znaczenia – dopowiada tato Przemka.
 
Był bardzo dobrym kierowcą
– Przemek był bardzo dobrym i jak na młody wiek, doświadczonym kierowcą. Jeździł tirami w dalekie trasy po Europie. Nie przepadał za tą pracą, ale potrzebne mu były pieniądze. Zawsze dokładnie sprawdzał stan pojazdu, nie szarżował. Miał kilka kategorii prawa jazdy i nie chciał ich stracić – wspomina kolega z pracy.
– To był bardzo dobry chłopak. Nie był chuliganem. Zawsze spokojnie wysłuchiwał, co się do niego mówiło. Był jednak bardzo skryty, nawet można powiedzieć, że nieśmiały. Chodził kiedyś z moją córką, ale przez swoją pracę rzadko bywał w domu, a jak już był, to mało mówił. Otwierał się zazwyczaj przy kolegach, wśród przyjaciół – wspomina Leokadia Glazer, sąsiadka z tego samego bloku.
– Miał wielu kolegów z sąsiedztwa, ale też z całego Lubska. Był koleżeński. Niestety, miał jakieś problemy. Nie chciał za bardzo o nich mówić, ale mój syn, który się z nim przyjaźnił, wspominał o tym – dodaje drugi sąsiad, Jan Pelc.
– Wielki żal takiego chłopaka. Zawsze był uczynny i pracowity. Nie można było o nim złego słowa powiedzieć. Szkoda, że tak zakończył swoje życie. Jego rodzicom głęboko współczujemy i życzymy wytrwałości w tych trudnych chwilach. Zawsze mogą na nas liczyć – zapewnia mąż pani Leokadii, Edward Glazer.
 
Palą się znicze
Na miejscu tragedii nieprzerwanie od piątku palą się znicze. W szczelinie drzewa ktoś umieścił krzyż. Kierowcy przejeżdżający obok zwalniają i przypatrują się.
– To mógłby być każdy. Chwila zadumy nie zaszkodzi – rzuca jeden z kierowców.
 
 
 
 
 
 

Tobie może spodobać się

Zostaw komentarz