Wielkim zaangażowaniem i sercem dla chorującego na nowotwór Bartka Liskowicza z Żar wykazali się czytelnicy „Gazety Regionalnej”. Setki kartek, upominki, urodzinowy tort, a nawet telewizor i wymarzone łóżko-samochód są tego dowodem. Jednak chłopiec cierpi coraz bardziej i potrzebuje lekarstw. Matka boi się, czy wystarczy na nie pieniędzy.
Każdy dzień oznacza kolejne trudy zmagania się z ciężką chorobą. Do swoich piątych urodzin Bartek biegał, skakał. Niestety, teraz głównie leży w swoim wymarzonym czerwonym łóżeczku-aucie. Je na leżąco, siada tylko do zupy i picia. Wstaje wyłącznie do kąpieli i do toalety. Nowotwór coraz bardziej daje o sobie znać. Mama nalega, by nie robić mu zdjęć. Potrzebuje pomocy, ale – jak zastrzega – nie chce o nią prosić kosztem dziecka.
Czasem tej siły po prostu nie ma
Głowa i kark Bartka są bardzo opuchnięte, bo zatrzymuje się w nich woda. Malec nie może przez to otworzyć oczu. Jeśli chce coś zobaczyć, rączką naciąga powiekę, by utworzyć choćby wąską szparkę. Jego skóra jest rozciągnięta, miejscami bardzo sina, nawet ciemnofioletowa. W minioną sobotę, w trakcie kąpieli dostrzegła u niego kolejne guzy pod pachami.
– Podziwiam go, bo jest taki mały, a bardzo dzielny. Nie płacze, nie narzeka, czasem powie po prostu: „Mamusiu, boli” – opowiada pani Jolanta. Na pytanie, czy to daje jej siłę, by walczyć o każdy dzień dla swojego dziecka, spuszcza głowę. Bo czasem tej siły po prostu nie ma. Tym bardziej, gdy brakuje na zaspokojenie tych najbardziej podstawowych potrzeb. Pani Jolanta wychowuje dwójkę dzieci. Nie może pracować ze względu na chorobę Bartka. Co miesiąc dostaje 1 tys. zł. Ojciec chłopców pracuje tylko na pół etatu. To wszystko niewiele, biorąc pod uwagę, ile potrzeba na leczenie Bartka. – Teraz leczenie jest droższe niż wtedy, gdy był w szpitalu – mówi cicho pani Jola. By czuwać przy synku, kupiła plastikowy ogrodowy leżak. Za to, że mogła postawić go przy łóżku Bartka, płaciła szpitalowi 8 zł na dobę. – A słyszałam, że stawka wzrosła do 15 zł – dodaje. Podczas naświetlań pani Jola spędzała z synem w szpitalu od kilku tygodni do nawet trzech miesięcy. Teraz Bartek został już wykreślony z listy leczonych przez Centrum Zdrowia Dziecka, jest pod opieką hospicjum. – W styczniu mia przyjąć chemię, ale był na to zbyt słaby – tłumaczy pani Jolanta. Chłopiec przebywa na stałe w domu, a dwa razy w tygodniu przyjeżdża do niego lekarz i przepisuje coraz to nowsze leki, by ulżyć cierpieniom malucha. Wykupienie każdej recepty to wydatek rzędu co najmniej kilkudziesięciu złotych. A to często tylko 20 tabletek, podczas gdy niektórych potrzeba po 7 sztuk dziennie. Potrzebne są też specjalne kremy do pielęgnacji przesuszonej skóry oraz pampersy, z których Bartek korzysta w nocy.
Wolałabym w kartonie pod mostem
Zdrowie Bartka szwankuje coraz bardziej, ale dopisuje mu apetyt. Je chętnie, choć wszystko musi być bardzo rozdrobnione, bo ucisk i opuchlina sprawiają, że często się krztusi. W zeszłym tygodniu miał ochotę na choćby kawałek pizzy, uwielbia też kurczaka z rożna. Matka stara się spełniać te jadłospisowe życzenia, bo poza nimi chłopiec nie ma wielu innych przyjemności. – Czy mam mu tego odmówić z powodu braku pieniędzy? – zastanawia się pani Jola. Martwi się jednak, że któregoś dnia zwyczajnie zabraknie jej na kupno leków. Dotychczas pomagała fundacja. Pani Jola kupowała dla synka leki, pampersy, kosmetyki, odzież na faktury, które wysyłała do fundacji. – Nie od razu, ale zwracali mi wydane pieniądze. Czasem trwało to miesiąc, czasem dwa, ale było. Teraz dzwonili, że na subkoncie Bartka nie ma już ani złotówki. A czekają faktury na 1 tys. 500 zł.
Pani Jola opowiada o tym wszystkim ze spuszczoną głową. Bo martwi się, jak zareagują ludzie. Słyszała już, że przecież nie pracuje, a ma tysiąc co miesiąc i mieszkanie od miasta. A mieszkanie to dwa pokoje i kuchnia przerobiona z przedpokoju oraz toaleta na półpiętrze w starej kamienicy, urządzone nadzwyczaj skromnie. Mieli remontować, wydzielić przynajmniej łazienkę z fragmentu kuchni, ale na to wszystko potrzeba pieniędzy. A te, wiadomo, idą na leczenie Bartka. – Wolałabym w kartonie pod mostem mieszkać, ale mieć zdrowe dziecko – mówi, masując główkę synka. Naciągnięta skóra boli i swędzi. – Dotyk sprawia mu trochę ulgi – wyjaśnia.
Znowu szpital
Chłopiec nie pyta, dlaczego nie może biegać, bawić się. Nie wsiada na rowerek, który wypróbowuje Mateusz, jego młodszy o dwa lata brat. Leży spokojnie, co jakiś czas prosząc mamę o picie albo chusteczkę. Pozwala Mateuszowi bawić się czerwonym autem. Niedawno sam się nim bawił. Razem otwierali też kartki urodzinowe od czytelników „Gazety Regionalnej” i internautów z Facebooka.
Teraz mama martwi się, czy uda się w tym tygodniu dostać na przepłukanie cewnika. Wszczepiony pod skórę dziecka, prowadzący bezpośrednio do aorty, ułatwiał chemioterapię i podawanie leków. Musi być czyszczony co 6 tygodni, teraz właśnie zbliża się ten moment. Pani Jola z niecierpliwością spogląda na telefon. Czeka na potwierdzenie terminu. Trzeba będzie przecież załatwić wcześniej samochód, który zawiezie ich do szpitala.

